Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"


Poprzedni temat «» Następny temat
O zagładzie Królewca w 1944 roku
Autor Wiadomość
konto_usunięte
[Usunięty]

Wysłany: Nie 16 Sie, 2009 10:09   O zagładzie Królewca w 1944 roku

http://malbork.naszemiast...aa401ec3506db5e
Cytat:

O zagładzie Königsbergu w 1944 roku, widzianej oczami młodej Polki z Grodna


To okno z widokiem na Königsberg przestało istnieć 30 sierpnia 1944 roku. Wraz z czyściutkimi firankami, pokojem i kamienicą, ba, z całą dzielnicą nawet. Około pierwszej w nocy rozlega się alarm. Dziewczyny chwytają walizki i zbiegają do przepełnionej już piwnicy. Słychać samoloty. Bomby lecą najpierw gdzieś daleko, potem coraz bliżej i bliżej. Huk wstrząsa murami, do piwnicy wciska się gryzący dym…
Zdjęcie Haliny Fedorowicz zrobione w Grodnie w 1943 roku Halina (druga z prawej) w ogrodzie przed domem w Grodnie z mamą i siostrami Rodzina Dröws, u której pracowała Halusia. W ciemniej sukni - matka, pierwsza z lewej Elfryda, między chłopcami Eliza

- Pali się, musimy uciekać - ktoś krzyczy.
Wybiegają na ulicę, a tam jasno jak w dzień, morze ognia, czerwone jęzory wysuwają się aż na jezdnię, chcą dotknąć biegnących, potykających się, padających, wybuchy bomb ogłuszają, lecą szyby, gorąco, och, jak gorąco, spalimy się żywcem, ludzie otulają się mokrymi kocami, Halina naciąga na włosy sweter i biegnie za Elfrydą i Elizą, taszcząc ich dwie wielkie walizy… Dokąd zmierza ten tłum - nikt nie wie, za chwilę część ludzi zawraca, bo mury walą się na jezdnię i uniemożliwiają przejście.

Biegną w przeciwnym kierunku, potykają się o trupy, wstają, gnają dalej, uskakują, bo walą się ściany domów, lecą cegły, szafy, stoły i łóżka, ogień rozprzestrzenia się szybko, wiatr niesie iskry i rozrzuca je wokół, jakby mało mu było tego pożaru i chciał jeszcze podsycić ogień.
Ktoś woła, żeby biec do parku, więc ludzie znów zmieniają kierunek i suną w tym upiornie oświetlonym mieście, w stronę ogrodu, który był od lat chlubą miasta. Tam już koczuje tłum. Halina, zdejmuje z głowy całkiem już suchy sweter i patrzy na płonące miasto…
::: Reklama :::
Polacy wywiezieni do Königsbergu na roboty. Na ubraniach mają naszytą literę 'P'

Przyjechała tu w maju. W pokoju, w którym ją ulokowano, wisiał wielki, metrowej wysokości portret Führera. Najpierw starała się na niego nie patrzeć, a potem przestała w ogóle zauważać. Pokój był ładny, z widokiem na miasto, wygodnie umeblowany, tapczan, biblioteka, obok stół i głębokie fotele, szafka, do której włożyła to, co miała w walizce, a więc trochę osobistych rzeczy oraz chleb, słoninę i cukier, które w Grodnie zapakowała jej na drogę mama. Mama, zawijając chleb w serwetkę płakała, bo Niemcy wieźli córkę do Königsbergu na roboty.

- Chleba u nas nie brakuje - zaśmiała się Elfryda, widząc, co wyjmuje z walizki.
Przyprowadziła Halinę rano z Arbeitsamtu, spośród zgromadzonych tam Polek z nowego transportu, ta jej się najbardziej podobała. Porządnie ubrana osiemnastolatka, wysoka, silna, czarnowłosa… Tak, te czarne włosy właśnie jakoś jej przypadły do gustu, choć przecież Elfryda zdawała sobie sprawę, że przy wyborze dziewczyny, która miała pomagać w domu i w sklepie, kolor włosów nie powinien mieć żadnego znaczenia. W kuchni poczęstowała Halusię kawą i ciastem i poszła do salonu bawić swoich gości. W salonie stały tak piękne meble, jakich Halina wcześniej nie widziała.

- Nie jest źle - oceniła sytuację, siadając w fotelu pod portretem Hitlera i przyszywając sobie do ubrania literę "P". - Familia nie jest duża: ojciec, matka i dwie córki, Elfryda i Eliza, mieszkanie czyściutkie, że aż lśni, jedzenia nie brakuje. Poszczęściło mi się. Jakoś przeżyję.

6maja 1944 roku był pierwszym dniem jej pobytu w Königsbergu. "Miasto jest bardzo ładne, domy wysokie i każdy z wieżyczką lub wykuszem, na ulicach dużo ludzi, więcej niż u nas w Grodnie w niedzielę po mszy. Jezdnie wyasfaltowane i wszędzie kursują tramwaje. Mieszkam w śródmieściu przy głównej ulicy. Na rzece, która nazywa się Pregel, stoją ogromne okręty" - pisała w liście do mamy. - "Smutno mi bez was, tak jakoś dziko, że jestem sama, całkiem sama".

W kolejnym liście ubolewa, że nieznajomość niemieckiego powoduje od czasu do czasu jakieś qui pro quo. "Elfryda mówi: Włóż płaszcz i buty, pójdziesz ze mną do miasta, a ja jej przynoszę szufelkę i miotłę", śmieją się razem, bo obie Niemki są niewiele starsze od niej, wspólnie sprzątają, zmywają naczynia, piorą i - jak to dziewczyny - pokazują sobie wzajemnie swoje kiecki, więc Halina pisze do mamy: "Przyślijcie mi tę sukienkę w groszki i bluzkę w kwiatki…". Hala podarowała Niemkom słoninę z Grodna, więc one zaraz zrewanżowały się pierniczkami, Eliza dała jej pończochy, a ona Elizie cukierki, i tak się śmieją, i częstują, jakby były koleżankami…

Elfryda, wysoka, elegancko ubrana blondynka, ma dwadzieścia pięć lat i prowadzi sklep spożywczy, z którego teraz żyje cała rodzina. Eliza jest o dwa lata młodsza, trochę ciemniejsza, też niczego sobie. Obie straciły narzeczonych na froncie wschodnim, więc nienawidzą Ruskich z całego serca i boją się ich okropnie. Wieczorami pewnie płaczą w poduszki, ale w dzień trzymają fason, nie można poznać, że są w żałobie. "Nie wstydzą się mnie, wszędzie mnie ze sobą wożą, często jeżdżę z nimi samochodem po różne produkty do sklepu, przedstawiają mnie swoim znajomym w różowych kolorach, opowiadają, z jakiej dobrej rodziny pochodzę". Ich matka, wysoka, siwa kobieta, często wyjeżdża do rodzinnej posiadłości w okolice Elbinga. Ojciec jest spokojnym, małomównym człowiekiem. Czy to w jego gabinecie śpi teraz? Czy to on powiesił portret Hitlera na ścianie? Zrobił to z przymusu czy z ochoty? Takich pytań jednak się nie zadaje.

Elfryda nie jest niestety zbyt taktowna, opowiada, że zapłaciła w Arbeitsamcie za Halinę 18 marek i 80 fenigów!
- Tyle tylko jestem dla nich warta! - Halusi robi się przykro, ale udaje, że jej to zupełnie nie obeszło. Uśmiecha się, szybko uczy niemieckiego, ale szuka też kontaktów z Polakami, co nie jest trudne, bo mają przyszytą do ubrania literę "P". Gdy dwa "P" spotkają się w mieście, zaraz zaczynają rozmawiać: Skąd jesteś, od kiedy, gdzie pracujesz? A może się spotkamy? Nie poszłabyś potańczyć? Potańczyć? Jasne, organizujemy polskie prywatki. No i poszła z nowo poznanym "P" i tańczyła do utraty tchu, sukienka w groszki wirowała po całej sali, powodzenie miała ogromne.

"Chłopiec jest całkiem correct, nie jakiś łobuz" - uspokaja matkę. - "Było nas ze trzydzieścioro, między innymi Danka, która pracowała w banku w Grodnie, i Krysia, też z naszego miasta. Było bardzo wesoło. Jakoś tak swojsko. Przyślijcie mi tę różową sukienkę, bo zbliżają się Zielone Świątki i chcę ją włożyć do kościoła". Matka i starsza siostra Renia, która jest już mężatką, niepokoją się tymi zabawami i wraz z sukienkami ślą jej napomnienia, żeby uważała na chłopaków. A młodzi garną się do siebie, jak nigdy przedtem. Czy to miało być lekarstwo na tę straszną samotność?
Czy to świadomość, że każdy dzień może być ostatnim? Jest w czym wybierać, bo, oprócz Polaków, są Francuzi, no i Włosi, tacy nieziemsko przystojni. Te czarne, falujące włosy! Te błyszczące oczy! Ślicznie grają na różnych instrumentach i wspaniale tańczą. Mówią do Haliny: Bella! Są urodziwi, to prawda, ale jednak co swoi, to swoi.

- Halinko, nie zadawaj się z Bronkiem - radzi Wacek, który się w niej podkochuje - bo to straszny typ, co tydzień zmienia dziewczyny. Halina nie chce słuchać Wacka, choć jest jej potrzebny, bo obrotny z niego chłopak, "geszefciarz", potrafi wszystko zorganizować, kupić, sprzedać, zamienić, czy to mydło, czy cukier, czy buty. Wacek chce się z nią żenić, a ona nie i nie. Natomiast Bronek jest właśnie w jej typie: "rozmowa swobodna, a ten śmiech to naprawdę doprowadza do wariacji" - notuje w pamiętniku, ale zrywa z nim, bo chce - jak pisze - wrócić do domu niezepsuta. Plan ma prosty: wróci do Grodna i zakocha się w jakimś przystojnym polskim oficerze. Tak, z pewnością będzie to wojskowy, jak tatuś. Wyjdzie za niego za mąż, urodzi dzieci i będą żyli długo i szczęśliwie.

Wieczorem siada przy oknie, słyszy dźwięk bijącego na wieży zamkowej zegara, patrzy w gwiazdy i zastanawia się, czy te same gwiazdy widzi mama w Grodnie? Mogłaby powiedzieć za Immanuelem Kantem: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Nie zna Kanta, ale prawo moralne jest dla niej ważne i - choć ma dopiero osiemnaście lat - wie, że okropności wojny nie zwalniają z przestrzegania zasad.

"Coś okropnego tu się dzieje, w lagrze na Ostlandzie pełno dzieci po barakach, bywa, że rodzą się wprost na ulicy"- pisze w pamiętniku. Parki się schodzą, potem rozchodzą i powstają nowe, ale dziewczyny z dzieckiem już nikt do parki nie chce, bo to już nie parka przecież. Chłopcy zabierają Halinę na spacery, na tańce, nie przeszkadza im, że jest taka nieprzystępna, a może to właśnie im się podoba. Elfryda i Eliza są trochę zazdrosne, bo ich nikt nigdzie nie zaprasza, chodzą tylko do koleżanek, narzeczeni nie żyją, młodych Niemców nie ma w mieście, z cudzoziemcami zadawać się nie mogą, choć też zerkają łakomie na przystojnych Polaków, Francuzów i Włochów. - Co? W parku byliście? - dziwi się Eliza. - Przecież tam mogą spacerować tylko Niemcy!

Traktują ją jednak z pewną wyższością. Do jedzenia dostaje zawsze to samo co one, ale je w swoim pokoju. - No i dobrze - pociesza się. - Tyle tych serwetek, talerzyków, sztućców, że się człowiek gubi. Czasem słyszy, jak mówią o kimś "Polnische Schweine". Ale jednak ją lubią, dobrze pracuje, wstaje o siódmej, podaje śniadanie, idzie do sklepu i tam sprzedaje z którąś z sióstr lub ze Starym, jak pisze o ojcu Elfrydy i Elizy. Po południu w domu przygotowuje z Elizą obiad, czasem wraca na dwie godziny do sklepu, potem robi kolację. Zaczynają nazywać ją zdrobniale: Halintschien.
Nie wszyscy trafili tak dobrze, Zosia na przykład, koleżanka z Grodna, od rana do wieczora pierze w wojskowej pralni brudną żołnierską bieliznę, a mieszka w obozowych barakach w strasznych warunkach, Gienek haruje u Schichaua, a Felek w ślusarni. Najgorzej traktowani są jeńcy sowieccy i włoscy.

***

Znowu siada przy oknie. Ceruje skarpetki Starego. Jest sama, bo Elfryda z Elzą poszły do kina. Lato w Königsberg jest ciepłe, lekki wiatr wieje od morza, patrzy na to piękne, ale obce miasto i znowu widzi Grodno, stację kolejową, wsiada z walizką do wagonu, mama z siostrą zostają na peronie. Pociąg rusza... Jezu, jak to wspomnienie boli. A teraz listy już nie dochodzą, poczta nie funkcjonuje. "Co z nimi się dzieje? Czy zdrowi?" - pisze w pamiętniku. "Nigdy nie myślałam, że można tak tęsknić za domem. Tak bym chciała już wrócić i zobaczyć małego Jureczka, synka Reni. Boże, spełnij moje prośby… Niemcy coraz bardziej boją się Ruskich, a my jakże na nich czekamy! Starzy mówią, że gdy Sowieci zbliżą się do Königsberg, uciekną do Elbinga.

Już się pakują. Chcą mnie wziąć ze sobą, ale ja zostanę, bo stąd szybciej dostanę się do domu. Z Königsbergu do Grodna jest zaledwie 380 kilometrów. Wrócę tam! Muszę wrócić! Och, żeby ten Sowiet wreszcie tu dotarł. W naszym ogródku już chyba agrest dojrzewa… Co oni teraz w domu robią? Pewnie zjedli kolację, siedzą na ganku i rozmawiają. Może o mnie? Gdy wrócę, wejdę cichutko na podwórko, tylko Laluś mnie usłyszy i powita wesołym szczekaniem, wtedy mama wyjrzy przez okno i krzyknie: mój Boże, Halusia!".

***

W sierpniu pisze: "Sowiet idzie już bardzo szybko. W mieście wszystkich biorą do kopania rowów. Stary też dostał wezwanie. Spakował się i zjedliśmy pożegnalną kolację. Tym razem jadłam z nimi. Podał mi rękę i powiedział: Halina szont gesund. I miał łzy w oczach. Przeklinał wojnę". A Halina przypomniała sobie swojego ojca, który walczył w kampanii wrześniowej, dostał się do niewoli niemieckiej pod Kutnem, jednak zwolniono go ze względu na zły stan zdrowia. Wrócił do Grodna, ale w 1941 roku zmarł na atak serca.
- Pewnie gdyby nie wojna, żyłby jeszcze - myśli, ale zrywa się, bo właśnie zaczyna wyć syrena: alarm!

Zaraz po powrocie z piwnicy Elfryda i Eliza biorą się do haftowania wielkiej serwety.
- Weź igłę, Halina - mówią. - To uspokaja… Mają nerwy ze stali. Alarmy się powtarzają prawie co noc, chwała Bogu, myśli Halusia, Sowiet niedaleko.
"Podają, że w nocy sto samolotów bombardowało miasto, podobno angielskich" - zapisuje 28 sierpnia, siedząc przy oknie. - "Ciężarówki od rana wożą trumny. Zniszczone koszary, szpitale, teatr i wiele budynków mieszkalnych. Oraz calutki Rosegarten, szkoda, taki był piękny, ale nie czas żałować róż…".

***

Ale to dopiero początek zagłady Königsbergu, brytyjskie lancastery w nocy z 29 na 30 sierpnia niszczą całe śródmieście…
"Nie mogę wyjść z podziwu, że żyję - pisze Halina następnego dnia. Tym razem dali okropnie". Krążą z Elfrydą i Elizą wśród ruin, w które zamieniły się piękne dzielnice, dookoła trupy, popalone, porozrywane… Domu nie ma, sklepu nie ma, tramwaje nie kursują, uratował się tylko samochód Elfrydy, który zostawiła w innej dzielnicy, ocalała też należąca do rodziny barka na rzece. Halina cieszy się, że uszyła sobie plecak, bo dzięki temu uratowała coś do ubrania. Elfryda i Elza nie martwią się o swoje suknie i płaszcze, bo wraz z cenniejszymi rzeczami z mieszkania dawno już wysłały je do krewnych na zachód.

Jadą pod Elbing. Wieś nazywa się Probernau i leży na Mierzei Wiślanej. Halinę zabierają ze sobą, bo gdzie ma zostać? Pracuje u nich w gospodarstwie. "Teraz traktują mnie jak parobka" - zapisuje. "Krzyczą stale: Halina to, Halina tamto, skubię gęś i płaczę, bo chcę do mamy. Elfryda i Eliza były w Königsbergu i po powrocie całują matkę na powitanie, a mnie łzy trysnęły z oczu. Dlaczego one mają wszystko, całą rodzinę, matkę, ojca, bo i Stary już tu dojechał, a ja sama i matki nie mogę uścisnąć? Opowiadają, że w Königsbergu same gruzy, miasta już nie ma, tysiące ludzi zabitych, wielu rannych, ale mimo to wkrótce zamierzają tam wrócić, bo mają dostać jakieś zastępcze pomieszczenie na sklep. A mieszkać będą na barce".

Siedzą jednak na wsi, kopią kartofle, robią z nich mączkę, zbierają jabłka, wsadzają do wecków, jak zwykle jesienią, marynują śliwki, robią kompoty. W połowie października Stary dostaje wezwanie do Kriegsmarine.

***

W listopadzie 1944 roku Halina wraca do Königsbergu. Mieszka z Zosią na "śmieciach", czyli w baraku w lagrze. Znowu pracuje w sklepie, bo Elfryda poleciła ją innemu kupcowi.
"Jemy, żyjemy, zaczęły się mrozy" - zapisuje w grudniu. "Co noc alarmy, moc samolotów, Boże, żeby udało się to wszystko przeżyć i wrócić do mamusi…".

Święta są smutne, ale z choinką. Polacy podzielili się opłatkiem i popłakali, potem Włosi zagrali na akordeonie, skrzypcach i na saksofonie, więc zaczęły się tańce, śmiechy, zabawa… "To młodość przecież - pisze - płaczesz i śmiejesz się w jednej sekundzie. Bawiłam się uroczo".
17 stycznia notuje: "Sowiet już rozpoczął ofensywę i dobrze mu idzie. Daj Boże. Jutro wszystkie kobiety zabierają «na okopy». Irek pożyczył mi buty i spodnie. Front się szybko posuwa. Zajęli już Kraków i Łódź, idą w stronę Poznania, a tu w okolicy Insterburga. Stara dała mi ryby, więc miałyśmy z Zosią byczą kolację".

20 stycznia: "Już od kilku dni nie chodzę do sklepu, ale na okopy. Tysiące Ostlanderów kopie. Robota się posuwa, bo jest strasznie zimno, więc się rozgrzewamy. Wkładam dwa swetry i dwa płaszcze, spodnie, wciągam cztery pary skarpet i dopiero buty wojskowe, które jeszcze wykładam gazetą".
24 stycznia: "Jesteśmy już okrążeni. Chwalić Boga, że coś się wreszcie zaczyna. Będzie gorąco. Już okropnie walą. Boże, czuwaj nad nami".

2 lutego: "Całe Prusy już zajęte, tylko Königsberg się trzyma. Naokoło naszych "śmieci" skupiła się cała obrona. Czołgi, armaty, a w barakach pełno wojska. Samoloty latają bardzo nisko, widać wymalowane na skrzydłach gwiazdy. Przyszedł Irek, naturalnie pijany, już od niedzieli pije i pije, mówi, że to przeze mnie, bo go nie chcę. Formalnie zdziczał. Nie może zrozumieć, że ja do domu muszę wrócić niezmieniona, przecież to już niedługo, koniec wojny już bliski".

25 lutego: "Pracowałam z Zochą dwa kilometry od frontu w kwaterze żołnierskiej. Sprzątamy, zmywamy naczynia. Jemy nieźle razem z żołnierzami, wszyscy są bardzo młodzi, fajni i odnoszą się do nas dobrze. Cholerna polityka!". 12 marca: "Dzień w dzień to samo, naloty, bomby, strzelanina i tak już drugi miesiąc. Staramy się o jedzenie jak możemy, trochę dostajemy, trochę kradniemy. Dziś miałyśmy z Zosią kartofle i chleb, a sankami przywiozłyśmy drewno na opał. Wczoraj zbili nad nami siedem ruskich samolotów. Z Irkiem to tak jakoś dziwnie, nie to co dawniej. Zmienił się. Chodzi ponury i smutny, po prostu siedzimy i nie wiemy o czym mówić… Postanowiłam z nim zerwać".

6 kwietnia: "Pracujemy w koszarach na Jerozolimie. Artyleria strasznie wali, obok nas zapaliła się jakaś fabryka. Nad nami było chyba z trzysta samolotów. Uciekamy! Trzymamy się za ręce, padamy, biegniemy dalej, pociski rozrywają się wokół, wreszcie wskakujemy do jakiejś piwnicy. Czy przeżyjemy? Pomóż Panie Jezu".

8 kwietnia: "W nocy przyszedł rozkaz opuszczenia koszar. Szliśmy przez palące się ulice, samoloty zrzucały bomby jedną za drugą, zatrzymaliśmy się na Holenderbanhof i wtedy nawiał nasz Lagerführer. Rozproszyliśmy się i w nogi, wpadłyśmy z Zosią do bunkra, ale wyrzucili nas stamtąd, bo sami Niemcy tam siedzieli. Wybiegamy pod te bomby, skulone pędzimy przez ulicę, a tu nagle zmiata nas podmuch, bomba wpadła do tego bunkra, do którego nas wpuścić nie chcieli, a wypełniony był po brzegi amunicją i benzyną. Boże, dzięki Ci. Pod ogniem dobiegamy do jakiejś piwnicy, tam byli fajni żołnierze, przyjęli nas, posłali nam kilka dywanów i poszłyśmy spać. Noc była dość spokojna, ale od rana zaczęła się strzelanina. Wpadają Niemcy i krzyczą: uciekajcie! Więc ruszyłyśmy przed siebie w strasznym ogniu. Och, ileż tych kul latało wokół, pociski rwały się, huk, ogień, dym…".

10 kwietnia: "Miasto znowu płonie, bombowce dosłownie zasłaniają niebo. Ileż tych bomb, Boże Mocny! Biegamy od bunkra do bunkra, na ulicach ludzie zakrwawieni, bez rąk i nóg, z porozrywanymi brzuchami… W nocy wchodzą do piwnicy Niemcy i mówią, że Königsberg poddał się, zaraz nadejdą Sowieci…

Jakiś lęk nas ogarnął, czekamy... Około trzeciej w nocy wpadają. Wy kto? Polki. Pobiegli dalej, ale nie minęło pół godziny wpadli następni. Było ich z piętnastu. Och, Boże! Rzucili się na nas jak zwierzęta, każdy złapał jedną i gdzieś ciągnie… Wyrywamy się, krzyczymy, och, cały czas w tych Prusach człowiek się jakoś trzymał, pilnował, a tu teraz z takimi... Wyrwałyśmy się jakoś i chodu na ulicę. Tam było już mnóstwo wojska i pancerów. Grabili okropnie, całe miasto zrujnowane, ale jeszcze było co kraść. Wszystko wokół płonie, żołnierze pędzą ludzi za miasto, zabierają walizy Niemcom i Ostlanderom. Idziemy tak po trupach, którymi zasłane są ulice. Owinęłyśmy się w koce, żeby nie było widać, że jesteśmy młode. Nocowałyśmy na jakimś podwórku, już trochę przysnęłyśmy, a tu zaczynają świecić latarką: szukają dziewczyn dla kapitana! Jezus Maria, co to za straszna noc, nigdy jeszcze takiej nie przeżyłam…".

20 kwietnia koło Intersburga: "Z moim żołądkiem coś marnie. Nie mogę jeść, a pragnienie mam szalone. Po prostu z każdego rowu piję wodę. Choć w tych rowach dużo ciał ludzkich, nie mówić już o koniach i psach. Okropnie wszystko wojną wyniszczone. Nie mamy nic do jedzenia. Nasz transport składa się z 2800 osób. Moc jest z Grodna. Adam z Irka sztuby mówi, że Irek był ranny w obie nogi i zmarł. Nie daj Boże, o nie! Mamuśku, jakże ciężki ten powrót!".

26 kwietnia w Gumbinen: "Znaleźli na naszym bloku trzy osoby chore na tyfus i zamknęli nas. A tymczasem rano odszedł transport na Warszawę. Rano ma iść na Białystok. Rozpacz mnie ogarnia. Och, żeby wreszcie do domu wrócić". 4 maja w Mławie: "Za Allenstein wysadzili nas z pociągu i pieszo szliśmy do granicy. Och, dzięki Ci Boże, wreszcie na polskiej ziemi! Trafiłyśmy do jakiegoś gospodarstwa, dali nam kawy z mlekiem, umyłyśmy się i śpimy w pościeli z poduszkami pod głową, jak księżniczki. Dalej chcemy jechać wąskotorówką do Przasnysza, potem piechotą do Ostrołęki, a stamtąd koleją do Grodna. Ale co tu ludzie gadają, Matko Najświętsza? Mówią, że granica przesunięta i Grodno po ruskiej stronie zostanie!? Och, byle do swoich się dostać, Matko nie opuszczaj nas".
5 maja 1945, Jarząbek koło Przasnysza: "Dziś mija rok odkąd wywieźli mnie z domu. Ale już niedaleko, żeby tylko wszyscy byli zdrowi! Boże mój, czuwaj!".

***

Na tym urywają się zapiski Haliny Fedorowicz, które otrzymałam (wykorzystując oczywiście w reportażu tylko niewielkie fragmenty około stustronicowego pamiętnika) od jej siostrzeńca, urodzonego w 1944 roku w Grodnie Jerzego, o którego tak dopytywała się w listach do mamy i siostry.

Co stało się z Halusią?
8 maja dotarła z Zosią do Sokółki. Na dworcu spotkały koleżankę, która powiedziała Halinie, że jej rodzina wyjechała z Grodna i jest już w Białymstoku. Następnego ranka tam dotarła i rzuciła się wreszcie w ramiona mamy i sióstr.
W południe ogłoszono koniec wojny.
Rodzina nie została jednak w Białymstoku. Pojechała dalej i osiadła w Gdańsku. Halina czuła się coraz gorzej. Zmarła tu 27 lipca 1945 roku.
Zosia pojechała do Grodna szukać rodziców i ślad po niej zaginął. Najprawdopodobniej wywieziono ją na Syberię.
Barbara Szczepuła - POLSKA Dziennik Bałtycki
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group