Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"

Chronimy Twoją prywatność
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w temacie o RODO


Poprzedni temat «» Następny temat
Oberlandzka "Route 66"
Autor Wiadomość
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Sob 14 Lis, 2009 23:37   

Zdjęcia Oberlandziej "Route 66" z odcinka pomiędzy Wilanowem, a Dobrocinem Andreasa Erhardta i Susanne Meier z firmy Komunikacji Wizualnej z Dortmundu. W swoich zbiorach posiadają ok. 3 000 urzekających zdjęć z b. Prus Wschodnich i Zachodnich z których kilkaset udostępnionych jest pod adresem http://www.andisusi.de/ar...album=4&page=25 . Są oni autorami albumów i kalendarzy z fotografiami w/w terenów.

Wilamowo_Best Old Village Dobrocin4.jpg
Plik ściągnięto 261 raz(y) 61,82 KB

Wilamowo -Best Old Village Dobrocin.jpg
Plik ściągnięto 270 raz(y) 94,18 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 29 Lis, 2009 01:20   

Tajemniczy konwój z płk Seebachem w 1736r.

17 lipca 1736r. z traktu berlińsko-królewieckiego pojawiła się nagle w Przemarku tajemnicza grupa pięciu jeźdźców i podążyła już dalej Oberlandzką Route 66 w kierunku Zalewa. Nie zatrzymując się nigdzie, podróżni skręcili za Bramą Morąską w Zalewie w prawo i w pośpiechu podążyli dalej do Miłomłyna. Tu zapewne zatrzymali się na nocleg.
Główną osobą tej grupy był tajemniczy płk Seebach, w towarzystwie adiutanta Stenflychta (faktycznie w stopniu generała). Pułkownik był w mundurze pruskiego pułku Buddenbrock, stacjonującego w Kwidzynie. Ponadto parze tej towarzyszyło jeszcze 3 innych jeźdźców. Nikt z mieszkańców mijanych miejscowości, widząc ich na trakcie, nie przypuszczał, jak ważna osobistość podążała w tym konwoju. Podróż ta bowiem, ze względu na bezpieczeństwo rzekomego pułkownika, utrzymywana była przez władze pruskie w jak największej tajemnicy. Zagadkowym podróżnym, jadącym pod przybranym nazwiskiem, któremu, oprócz adiutanta, towarzyszyli także ze strony pruskiej niższej rangi oficer, kawalerzysta i urzędnik, był król polski Stanisław Leszczyński!
Z jakich powodów polski król znalazł się w naszych okolicach i dlaczego musiano przedsięwziąć takie środki bezpieczeństwa? Leszczyński, po ucieczce z oblężonego przez wojska carskie Gdańska, gdzie schronił się przed nimi (car chciał, po jego schwytaniu obsadzić na tronie polskim Augusta III), udał się w drogę pełną przygód i niebezpieczeństw do Kwidzyna (dotarł tu 3 lipca). Dwa dni później burmistrz tego miasta odwiózł króla do Prabut, bardziej oddalonych od granicy z Polską. Leszczyński czekał tutaj kilka dni na odpowiedź króla pruskiego o udzielenie mu azylu i na ochronę wojskową do dalszej podróży (zamierzał udać się docelowo do Królewca). Rozważano czy jechać do miasta nad Pregołą najkrótszą drogą, to jest przez Warmię. Pomysłu zaniechano, bowiem na Warmii pojawiły się już wojska carskie, ponadto biskup warmiński Krzysztof Szembek był nieprzychylny polskiemu monarsze. Wybrano więc bezpieczniejszą drogę, ale dalszą. Z Miłomłyna Leszczyński podążył przez Nidzicę, Szczytno do Pisza, gdzie znalazł się 20 lipca. Po drodze zatrzymywano się tylko w miejscowościach, w których znajdowały się pruskie garnizony. Zamek w Piszu był co prawda odpowiednio przygotowany na tak ważną wizytę, ale blisko polskiej granicy co mogła narazić króla na porwanie przez Rosjan. Dlatego też, pod przybraniem polskiego starosty, pojechał Leszczyński dalej na północ, do Węgorzewa. Tutaj nad bezpieczeństwem polskiego króla miał czuwać 150 osobowy oddział wojska. Tymczasem, gdy tylko Rosjanie zorientowali się, że Leszczyński uciekł z Gdańska do Prus Książęcych, wysłali do ich granic za Leszczyńskim oddział pościgowy a dalej agentów. Raportowali oni potem, że król jest dobrze strzeżony. Rosjanie musieli zrezygnować z jego porwania. Następnym miejscem pobytu polskiego monarchy był Królewiec (przybył tu 8 sierpnia), gdzie spotkał się z królem pruskim Fryderykiem Wilhelmem I.
Ale to już inna historia, związana także z Oberlandzką Route 66 (patrz zapowiedzi tematów)…

La Pologne_1734 .JPG
Fragment mapy z epoki Status coronae Poloniae I , 1:2 500 000, Amsterdam 1734.
Plik ściągnięto 356 raz(y) 101,98 KB

Ostatnio zmieniony przez Ewingi Nie 29 Lis, 2009 01:21, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Anrep 


Pomógł: 5 razy
Wysłany: Pon 30 Lis, 2009 20:36   

Bardzo ciekawe :ok: Szkoda tylko, że ten nasz król był trzeciego sortu, ale za to "podwójny". :flag:
_________________
Poszukuję informacji o dawnym powiecie Morąg
Ostatnio zmieniony przez Anrep Pon 30 Lis, 2009 20:37, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Pon 30 Lis, 2009 23:23   

Anrepp, dzięki! Obiecuje dwóch królów (ojca i syna) i to takich, którzy odcisnęli swe piętno w dziejach Europy. Na dodatek przejeżdżali też przez Morąg! A po to, aby między innymi spotkać się z tym Leszczyńskim!
 
 
Hagedorn 
Administrator



Pomógł: 28 razy
Wysłany: Wto 01 Gru, 2009 09:59   

Anrep napisał/a:
Szkoda tylko, że ten nasz król był trzeciego sortu

to nie tyle wina samego króla co całego kraju (trochę w stylu "jaki kram taki pan"), który jak doskonale widać z opisu ucieczki Leszczyńskiego w owym czasie był już praktycznie tylko i wyłącznie rosyjskim protektoratem...
_________________

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 06 Gru, 2009 14:32   

W zał. obraz D. Chodowieckiego przedstawiający ucieczkę Stanisława Leszczyńskiego z oblężonego przez Rosjan Gdańska. Nastąpiło to potajemnie nocą z 27/28 czerwca 1736r. Król ubrany był w strój wieśniaka.
Kolekcjonerem dzieł Chodowieckiego, gdańskiego rysownika, grafika i malarza był August Dorgerloh, wspominany już na Forumowisku dziedzic Gubławek, malowniczo położonych nad Jeziorakiem, http://www.marienburg.pl/...ight=gub%B3awki

Chodowiecki_Ucieczka Leszczynskiego1734.jpg
Plik ściągnięto 257 raz(y) 75,25 KB

Ostatnio zmieniony przez Ewingi Nie 06 Gru, 2009 14:37, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 14 Lut, 2010 23:32   

Oberlandzka Route 66 była na przestrzeni wieków świadkiem przemarszów wielu armii. Jednym z pierwszych, odnotowanych w źródłach do dziejów Polski, przez kronikarza Jana Długosza, był pochód wojsk jagiełłowych, po wiktorii grunwaldzkiej na stolicę państwa krzyżackiego, Malbork, dokładnie siedemset lat temu.
Wojska polsko-litewskie opuściły tereny pobojowiska grunwaldzkiego 17 lipca maszerując w stronę Malborka, oddalonego w linii prostej o 93 km. Jednak dowództwo polsko-litewskie straciło inicjatywę. Królewska armia, która podczas marszu pod Grunwald potrafiła pokonać kilkadziesiąt kilometrów dziennie, pod mury Malborka zmierzała bardzo powoli. Nadmierna przezorność zaczynała być czynnikiem rozstrzygającym. Ta przezorność sprawiła, że armia polsko-litewska szła po bitwie na Malbork nie krótszą drogą przez Ostródę-Zalewo-Dzierzgoń (około 97 km), ale znacznie dłuższą, gdyż przez Olsztynek-Morąg-Dzierzgoń (127 km w linii prostej). Przedłużało to drogę o 30 km, czyli co najmniej o 1 dzień marszu. Decyzja ta mogła być spowodowana też przesadnym trzymaniem się przez dowództwo polskie przyjętego jeszcze przed bitwą planu zakładającego obejście źródeł Drwęcy. Może też celowo zboczono w kierunku posiadłości biskupa warmińskiego, aby zachęcić go do szybkiego złożenia hołdu królowi polskiemu.
W pierwszym dniu marszu, to jest 17 lipca, armia polsko-litewska zajęła bez trudu Olsztynek. W piątek 18 lipca armia królewska maszerowała w kierunku Morąga. Nocleg armii królewskiej wypadł tego dnia prawdopodobnie na wschód od jez. Szeląg, milę przed Morągiem. Następnego dnia wojska polsko-litewskie przybyły do „zamku i miasteczka Morąga, które lubo... wielce było warowne, wszelako bez zwłoki poddało się królowi”. Jagiełło powierzył zamek wraz z miastem Jędrzejowi z Brochocic.
Należy dodać, iż oddziały polsko-litewskie szły nie jedną długą kolumną, lecz szerokim wachlarzem, toteż zajmowały też dalej położone miejscowości. Armia ta musiała iść wszystkimi możliwymi drogami a zapewne, gdy się dało również polami i łąkami. Nie mogła posuwać się ona jedną drogą, ponieważ takie ustawienie wraz z taborami spowodowałoby utworzenie kolumny długości około 100 km.
W niedzielę 20 lipca część wojsk podążyła spod Morąga drogą na Pasłęk, przez Chojnik w kierunku wsi Sambród. Z drogi pod Sambrodem król wezwał Elbląg, żeby się poddał i złożył przysięgę wierności. Pozostałe siły pociągnęły na zachód w kierunku Zalewa. Tego dnia król stanął na nocleg „powyżej wsi i jeziora Czołpie w pobliżu zamku Preussmarkt” (Chodzi tu o wieś Czulpę–niem. Zölp, położoną półtora km, na wschód od przesmyku między jeziorami Sambród i Ruda Woda). Wynikałoby z tego, że orszak królewski odłączył się od sił omijających z północy jez. Sambród i skierował się wzdłuż wschodniego brzegu tego jeziora na południe w kierunku osady młyńskiej Czulpa, położonej na skrzyżowaniu dróg Pasłęk-Ostróda i Morąg-Zalewo-Dierzgoń (5 km w linii prostej). Należy zaznaczyć, że położenie wsi i jez. Czołpie (chodziło zapewne o jezioro w pobliżu którego leżał młyn, gdyż zbiornika wodnego o takiej nazwie w okolicy nie ma) podane przez Długosza „w pobliżu zamku Preussmarkt” nie musiało być równoznaczne z geograficzną bliskością obu tych miejscowości (chociaż faktycznie odległość w linii prostej pomiędzy tymi dwoma punktami wynosi 17 km). Dzieło Długosza (Dziejów Polskich ksiąg dwanaście) powstało kilkadziesiąt lat po opisywanych wydarzeniach. Najwłaściwsze było więc dla autora skojarzenie miejsca noclegu króla z ważnym wówczas ośrodkiem administracji krzyżackiej, z którym związana będzie dość tajemnicza historia objęcia zamku Przezmark (jak wówczas mniemano pełnego skarbów) przez starostę Mroczka.
Marsz na Malbork przez Sambród, wśród łąk i pół umożliwiał przemieszczenie większej ilości wojsk niż bezpośrednią, częściowo śródleśną drogą z Morąga do Czulpy (tu znajdowało się wąskie gardło między jeziorami Sambród i Ruda Woda). Również większe możliwości przemarszu dużej liczby ludzi z taborami dalej w kierunku zachodnim dawała droga z Sambrodu niż Czulpy. Jak już wspomniano, armia polsko-litewska maszerowała wszystkimi możliwymi drogami, część wojsk podążała więc w kierunku Dzierzgonia omijając jez. Sambród od północy, a część od południa przez wąskie przejście w zabagnionym przesmyku pomiędzy jeziorami. O ile Jagiełło rozbił obóz pomiędzy jez. Sambród i Ruda Woda, musiał dalej podążać w kierunku Dzierzgonia i Starego Dolna przez Zalewo, a więc traktem pokrywającym się z Oberlandzką Route 66. Należy też uwzględnić fakt, że w owych czasach gościniec Morąg-Zalewo-Dzierzgoń był ważnym szlakiem komunikacyjnym w państwie zakonnym. Orszak królewski mógł wybrać tę drogę, najwygodniejszą i gwarantującą najszybszą możliwość przemieszczenia się dowództwa. Innej, bezpośredniej drogi z Morąga do Dzierzgonia w ówczesnych czasach nie było.
Opanowanie i powierzenie zamku Przezmark Mroczkowi z Łopuchowa (Mroczek herbu Leszczyc, mieszkał we wsi Mroczki na terenie obecnej gminy Kałuszyn, Mazowsze. Uczestniczył on w bitwie pod Grunwaldem w 1410 r. Był zaufanym króla Jagiełły) tak opisuje Długosz:
„...przybyło do króla [„powyżej wsi i jeziora Czołpie, w pobliżu zamku Preussmarkt”] wielu krzyżaków zostawionych do obrony rzeczonego zamku Prussmorga, którzy z pokorą oddawszy cześć królowi, poddali zamek jego władzy. Król puścił go zaraz w dzierżawę Mroczkowi z Łopuchowa, rycerzowi wielkopolskiemu, herbu Łaski. Ale ponieważ wieść niosła, że w tym zamku przechowywano wielkie skarby i klejnoty, król dla wprowadzenia Mroczka do zamku i spisania wszystkich w nim znajdujących się bogactw posłał wraz do Prusmorga Jana Sochę pisarza swego, herbu Nałęcz. Ten gdy po wprowadzeniu rzeczonego Mroczka i spisaniu rzeczy powracał, w drodze, czy to od swoich czy od nieprzyjaciół, z całą drużyną zamordowany został. Padały wielkie podejrzenia na pomienionego rycerza Mroczka, że on to morderstwo nastroił, ażeby król ze spisów Sochy nie dowiedział się, jakie w zamku Prusmorskim były skarby i dostatki. Kiedy potem król oblegał Marienburg [Malbork], bracia i krewni zabitego Jana Sochy wnieśli przeciw Mroczkowi skargę o zabójstwo; złożono sąd w tej sprawie, ale Mroczek przysięgą rycerską uwolnił się od zarzutu”.Stanisław Kuczyński, autor monografii tej wojny, tak podsumował postawę załogi zamku przezmarckiego: „W sercach braci krzyżackich musiał gościć istotnie ogromny lęk, skoro nie próbowali nawet bronić zamku Przezmark i zawartych w nim bogactw”. Poddanie bez walki Przezmarku, a następnego dnia i Dzierzgonia było niedobrym przykładem dla innych załóg, co zostało później podkreślone przez niemiecką historiografię.
Zapewne w piwnicach zamkowych w Przezmarku zmagazynowane były zapasy bezpośrednio przed wybuchem wojny. Wszakże obie strony intensywnie przygotowywały się do tej kampanii, a odpowiednie zabezpieczenie w prowiant i narzędzia walki było koniecznością. Również z racji położenia warowni przezmarckiej, w ramach zabezpieczenia części kosztowności zakonnych na czas konfliktu, mogły tu być umieszczone klejnoty zakonne.
Napad i morderstwo Jana Sochy i jego drużyny mogło mieć miejsce w dniach 22-25 lipca. Inwentaryzacja majątku w zamczysku musiała odbyć się niezwłocznie po jego objęciu przez Mroczka. Nie mogła trwać dłużej niż dzień, co najwyżej dwa. Nie było na to czasu, a zapewne też i konieczności dłuższej pracy. Sytuacja wojenna obligowała do pośpiechu. Wielce prawdopodobne jest, że powyższy napad miał miejsce niedaleko Przezmarka. Powracający w szeregi orszaku królewskiego Socha po wykonaniu zadania skierował się z pewnością na stary krzyżacki szlak kurierski z Przezmarka przez Dzierzgoń na Malbork, do którego podążały wojska polsko-litewskie (król opuścił Dzierzgoń 24 lipca). Ogólna sytuacja sprzyjała temu, aby bez świadków pozbyć się wysłanników królewskich. Jednocześnie, szybko, bo w ciągu paru nocnych godzin, można było powrócić konno z powrotem do zamku.
Podejrzenie Mroczka o podstępne zamordowanie Sochy mogło być uzasadnione, biorąc pod uwagę jego późniejsze zachowanie. Osoba ta pojawia się na stronach kroniki Długosza pod rokiem 1412 i to w nie najlepszym kontekście. Król Jagiełło usunął wtedy przemocą z biskupstwa krakowskiego niespełna rozumu i podobno obłąkanego biskupa Piotra Wysza, złączonego właśnie z nim pokrewieństwem. Jagiełło za zezwoleniem papieskim przeniósł go na biskupstwo poznańskie, a stamtąd biskup Wojciech Jastrzębiec przeszedł na miejsce Wysza. Mroczek nie mogąc strawić zniewagi krewnego, zaczął szukać sposobnej pory, by zabić Jastrzębca. Okazja taka miała się zdarzyć w związku z wyznaczonym zjazdem w Gnieźnie, na jesień Zesłania Ducha św., na który miał też przybyć nowo powołany biskup krakowski. Długosz, zanotował, że „rzeczony Mroczek postanowił i zaklął się przysięgą, że z pięciuset zbrojnymi ludźmi napadnie go w gospodzie i zamorduje. Gdy jednak Wojciech Jastrzębiec na ten zjazd nie przybył, zbrodnia zamierzona nie przyszła do skutku".

W piątym dniu marszu, 21 lipca, armia królewska zatrzymała się koło Starego Dolna nad Dzierzgonią, na południe od jez. Druzno, 22 lipca zdobyto stolice komturii Dzierzgoń. W Dzierzgoniu król bawił jeszcze w środę 22 lipca. Powodem dłuższego zatrzymania się króla w tym mieście były zapewne pertraktacje z wysłańcami miast krzyżackich, a pewnie i biskupami. Przerwę w marszu wykorzystano na wypoczynek. Część armii królewskiej zatrzymała się również w okolicach Zalewa. W czwartek 24 lipca Jagiełło ruszył z wojskiem dalej.
Następny postój nastąpił w pół drogi między Malborkiem a Dzierzgoniem koło wsi Stary Targ. Do Malborka wojska polsko-litewsko-ruskie przybyły dopiero 25 lipca, w piątek. Następnego dnia przedsięwzięto pierwszy szturm na miasto.
Przebycie drogi Grunwald – Malbork zajęło wojskom królewskim 8 dni, co daje około 16 km dziennie jako przeciętną szybkość marszu. Tymczasem przed bitwą grunwaldzką wojska polsko-litewskie pokonywały dziennie średnio 42km. Ten brak pośpiechu można wytłumaczyć tym, że wojska królewskie wyszły z obozu pod Grunwaldem już jeden dzień po bitwie, a więc wcześniej niż to było początkowo zapowiedziane. Stąd też w trakcie marszu odpoczywano, leczono się i doprowadzano do porządku. Drugim powodem wolnego posuwania się armii musiało być zajmowanie po drodze zamków krzyżackich i pustoszenie kraju, co spowalniało pochód i wprowadzało rozluźnienie porządku, tym bardziej, ze wojsko nie obawiało się już armii wielkiego mistrza. Nic nie usprawiedliwiało dowództwa polsko-litewskiego, że nie wysłało chociażby części jazdy, która szybciej od reszty wojska stanęłaby pod zamkiem malborskim i w dużej mierze utrudniłaby v. Plauen ściągnięcie dodatkowych sił i zapasów żywności do stolicy .
Wkrótce cały zachodni obszar ziem zakonnych aż do Pasłęki i jeszcze dalej był poddany Polakom.

Należy jeszcze dodać, iż Jagiełło na czele swojej armii, cztery lata później znowu pojawił się na Oberlandzkiej Route 66. Mianowicie 7 września 1414r, udał się król z Elbląga w kierunku Dzierzgonia. Tu nie zastał nikogo, Krzyżacy bowiem już wcześniej pouciekali. Zastosowali tutaj podobnie jak na terenie Warmii i Prus Dolnych taktykę opuszczonych miejscowości. Jagiełło obchodził tutaj święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Nazajutrz, to jest 9 września, wojska królewskie spaliły całkowicie miasto i poszły dalej. Według relacji Johanna v. Posilge, gdy król przybył pod zamek Przezmark, zastał tu „zimną gospodę”, wszystko było bowiem spalone. Mogło to być spowodowane stosowaną przez Krzyżaków taktyką albo też efektem działania straży przedniej, która jako pierwsza, zasadnicza część kolumny marszowej wyprzedzała pozostałe siły i tabory nawet o kilka dni marszu. Tworzyli ją Tatarzy oraz oddziały lekkiej jazdy polskiej i litewskiej.
Jagiełło nie stanął w Przezmarku obozem, ale ruszył do biskupstwa pomezańskiego. Zapewne w tym czasie oddziały lekkiej jazdy rozbiegły się w promieniu kilkunastu kilometrów, grabiąc i paląc wszystko, co napotkały po drodze. Wtedy też z pewnością okolice Zalewa i inne miejscowości na Oberlandzkiej Route 66 stały się terenem działania oddziałów królewskich. Najskuteczniejszymi metodami wojennymi były w tych czasach uznawane wojna na wyniszczenie i strategia spalonej ziemi.

Pamiątką po tamtych wydarzeniach jest wiekowy dąb w Jarnołtowie, który nosi nazwę „Dąb Jagiełły”, na cześć króla polskiego.

Więcej na ten temat K. Skrodzki, Dzieje Ziemi Zalewskiej. 1305-2005, Zalewo 2005, s.180-187.

1573_Zellio-Mercator.JPG
Fragment mapy Henryka Zella Prvssiae descriptio (ok. 1:1 500 000) z atlasu Europy Abrahama Orteliusa, 1573r.
Plik ściągnięto 373 raz(y) 108,17 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Pon 19 Kwi, 2010 00:36   

Zatrzymanie Prymasa Tysiąclecia w Morągu

W październiku 1956r. Prymas Polski Kardynał Stefan Wyszyński powrócił do służby Kościołowi, Bogu i Ojczyźnie jako wolny człowiek. Zainicjował w całym kraju Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W 1958r. gościł również na Warmii i Mazurach. Ks. Józef Kącki w swoich wspomnieniach z podróży Prymasa Tysiąclecia obejmującej wizytację Olsztyna, Gietrzwałdu, Elbląga i Ełku, wspomina, że Prymas był spragniony kontaktu z ludźmi i bardzo go cieszyły wszelkie przejawy życzliwości i miłości braterskiej. Na trasie wierni tłumnie witali Kardynała. Bliskie spotkania powodowały nieprzewidziane opóźnienia. Ks. Kącki, przewodnik Prymasa po naszych terenach, pamięta związane z tym wydarzenie, które miało miejsce w Morągu, leżącym na Oberlandzkiej Route 66. " W Morągu zatrzymała nas milicja, bo przekroczyliśmy dozwoloną prędkość. Chcieliśmy nadrobić już dwugodzinne opóźnienie. Wyjaśniłem, że eskortuję Kardynała Wyszyńskiego i spieszymy się, by nadrobić stracony czas. Zaskoczyło mnie, że milicjant nie tylko nas nie ukarał mandatem, ale życzył nam szczęśliwej i bezpiecznej drogi".

[Opracowano na podstawie artykułu Moniki Rogińskiej, Z Kardynałem Wyszyńskim po Warmii i Mazurach, Martyria, nr 6/2008]

PS.
W Morągu znajduje się ul. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ma tutaj siedzibę Parafia rzymsko-katolicka p.w. Trójcy Przenajświętszej.

Wyszynski_maj 1958.JPG
Kardynał Wyszyński w Ełku, maj 1958r.
Plik ściągnięto 241 raz(y) 27,69 KB

Ostatnio zmieniony przez Ewingi Pon 19 Kwi, 2010 00:37, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Wto 10 Sie, 2010 00:18   

Będąc w tym roku w Oberlandzie spotkałem się z opinią iż szosa z Zalewa do Morąga, ze względu na ilość tragicznych wypadków drogowych, nosi nazwę Drogi Śmierci. Z pewnością statystyka wypadków na niej jest niepokojąca, tak jak niechlubne miejsce Polski w ilości śmiertelnych wypadków drogowych, przypadających na jednego mieszkańca, w Europie. Z oficjalnych statystyk polskiej policji wiadomo, że najwięcej osób w naszym kraju ginie na drogach województwa warmińsko-mazurskiego. Jakie są tego przyczyny? Niektórzy uważają, że winę za tę ponurą statystykę ponoszą przydrożne drzewa, w przypadku naszego regionu, zwłaszcza aleje drzewne. Trochę jeździłem w czasie mego ostatniego tutaj pobytu Oberlandzką Route 66. Również w nocy i przy deszczowej pogodzie. Trzeba zawsze dostosować prędkość do warunków pogodowych, natężenia ruchu, ukształtowania drogi itd. Szosa 519 jest typową oberlandzką drogą, porośniętą drzewami, obfitującą w liczne zakręty i biegnącą przez urozmaicony pod względem wysokości teren (Oberland to przecież po polsku Pogórze). Dlatego też trzeba jeździć nią uważnie, tym bardziej, że natężenie ruchu na niej, zwłaszcza ciężkich pojazdów samochodowych jest niesamowite. Zaskoczyło to mnie właśnie, ostatnio.
Na początku sierpnia miał miejsce tragiczny w skutkach wypadek drogowy na odcinku Zalewo-Barty. Kierujący fordem mondeo 21 – letni młodzieniec stracił panowanie nad pojazdem i uderzył w przydrożne drzewo. Zginęły dwie osoby, a dwie następne odtransportowane zostały w stanie ciężkim do szpitala. Akcja, niestety już usuwająca skutki wypadku, w której udział brało 5 zastępów straży pożarnej, trwała prawie 4 godziny (wypadek miał miejsce o godz. 18.40).
Zdjęcia wykonane przez policję, zwłaszcza licznika, wskazują na przyczynę tej tragedii. Z prędkością 190 km/godz., przy dobrym stanie technicznym pojazdu (ten z wypadku miał przebieg prawie 284 tys. km) można tylko jeździć na najlepszych w Europie, niemieckich autostradach. Brawura, głupota przez lekceważenie zasad bezpiecznej jazdy, a nie sama droga, były przyczyną śmierci dwóch osób.

Wypadek2.jpg
Plik ściągnięto 246 raz(y) 61,54 KB

wypadek1.jpg
Plik ściągnięto 217 raz(y) 68,62 KB

 
 
Linka 
Mistrz
Bride of Francula


Pomogła: 8 razy
Wysłany: Wto 10 Sie, 2010 11:36   

Zawsze jednak znajdą się zwolennicy wycinania drzew, które "wchodzą" na jezdnię kierowcom. Nikt nie widzi własnej głupoty, niestety...
_________________
.............................................
 
 
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Wto 07 Wrz, 2010 00:10   

Oberlandzka 66 !
Gdy przylatujemy do Kraju to jakaś poczciwa dusza poświęca swój dzień na dowiezienie nas z Morąga do Warszawy samochodem.
Jedziemy więc sobie główną trasą aż do Małdyty i następnie skręcamy w Oberlandzką 66.
Mam głęboki szacunek do kierowców w Polsce. Zawsze też zdumiewa mnie i zatrważa jednocześnie nonaszalacja ich jazdy po tych arcykrętych i arcywąskich drogach mazurskich. Trzymam się więc kurczowo czego tylko można się trzymać w samochodzie. Dobrze, że trasa jest krótka.
Mówiąc o ciężkich pojazdach na drogach w Polsce to kto, do choroby, odpuścił kolejowe przewozy towarowe???
Nie wybudowano jeszcze dobrych dróg ale przestano inwestować w przewozy kolejowe.
Coś tu panie nie tak. Czyżby "olej" już rządził?
Poniżej drogowskaz na Oberlandzkiej 66. Do Zalewa 24

Morag1948.3.jpg
Plik ściągnięto 160 raz(y) 115,19 KB

 
 
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Wto 07 Wrz, 2010 00:46   

Zapomniałem dodać, że na fotce widać płot, za którym leżał któregoś dnia sierpnia 1968 roku kompletnie piany żołnierz Armii Czerwonej. Jak jeszcze był trzeźwy to kierował on ruchem kolumny woskowej przejeżdżającej przez Morąg Oberlandzką 66.
Przyjaźń Polsko-Radziecka była w tamtych czasach tak silna, że dobrzy ludzie z okolicy nakarmili go wódką. Strach pomyśleć co potem się z nim stało ...
Ostatnio zmieniony przez mazur222 Wto 07 Wrz, 2010 00:49, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Wto 07 Wrz, 2010 22:14   

Zaskoczyło mnie w tym roku duże natężenie ruchu ciężkich pojazdów samochodowych na Oberlandzkiej Route 66. Szczególnie było to widoczne na odcinku Stary Dzierzgoń-Zalewo-Małdyty. Powodem tego może być modernizacja S 7 w okolicach Elbląga. Ale duży ruch tirów odbywał się też pomiędzy Morągiem a Miłakowem. Cierpią na tym przydrożne budynki. Szkody spowodowane ruchem ciężkich pojazdów mocno np. nadwyrężyły konstrukcję byłego zboru baptystów w Gajdach. W załączeniu kilka zdjęć współczesnych dromaderów, z tegorocznej wizytacji Oberlandzkiej Route 66 pomiędzy Starym Dzierzgoniem a Miłakowem.
A propos, galeria 60 landschaftów z jej okolic pod tytułem Across the East Prussian Oberland – landscapes znajduje się pod adresem: http://picasaweb.google.p...feat=directlink

St Dzierzgon_Zalewo.JPG
Skręt na Oberlandzką Route 66 w Starym Dzierzgoniu
Plik ściągnięto 91 raz(y) 68,82 KB

Przezmark-Zalewo.JPG
Tir w Przezmarku
Plik ściągnięto 95 raz(y) 75,39 KB

Wilamowo_Wenecja.JPG
Wenecja koło... Wilamowa
Plik ściągnięto 96 raz(y) 85,48 KB

Morag_Maldyty.JPG
Zbliżając się z Morąga do Małdyt
Plik ściągnięto 94 raz(y) 72 KB

Okolice Warn.jpg
Okolice Warn. Niepogoda
Plik ściągnięto 95 raz(y) 65,08 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Czw 23 Wrz, 2010 22:32   

Poznańskie wiarusy Dąbrowskiego w kampanii pruskiej 1807r.

W styczniu 1807r. regularne wojsko polskie składało się z trzech legii, pod dowództwem księcia Poniatowskiego. Pierwszą legię tzw. poznańską, pod dowództwem gen. dyw. J. H. Dąbrowskiego tworzyli żołnierze, w większości, z departamentu poznańskiego i bydgoskiego. Wiosną 1807r. uczestniczyła ona w oblężeniu Gdańska. Wtedy też w skład legii poznańskiej wchodziły: 2, 3, 4 pułk piechoty, 1 pułk strzelców konnych, bateria artylerii. 26 maja oddziały te liczyły 4 650 żołnierzy i oficerów pod bronią.
Po kapitulacji Gdańska (24 maja 1807r.), pułki wchodzące w skład legii Dąbrowskiego cofnęły się w rejon Tczewa. Legia zakwaterowawszy się w okolicy Gniewu, wypoczywała i przechodziła reorganizację.
Na dzień 6 czerwca wyznaczono rewię wszystkich pułków pod Gniewem. Ściągały więc pod to miasto oddziały piechoty i kawalerii z okolicznych wiosek, gdy całkiem niespodziewanie, ok. godz. 11 Dąbrowski otrzymał rozkaz nakazujący natychmiastowy wymarsz w kierunku Kwidzyna i zabranie ze sobą żywności na 4 dni. Legia miała połączyć się z korpusem marsz. Mortiera.
Dywizja nie mogła jednak wyruszyć w przewidzianym terminie, bowiem oddziały musiały wpierw udać się ponownie do swych kwater po dobytek i dopiero wówczas podjąć marsz. Rozpoczęły go 7 czerwca o godz. 2 w nocy. Wieczorem tegoż dnia dywizja przeprawiła się przez Wisłę, po czym doszła do Rakowca, zrobiwszy razem ok. 30 km. Po drodze Dąbrowski otrzymał rozkaz marsz. Mortiera zalecający jak największy pośpiech.
W Kwidzynie wojsko zaopatrzyło się w chleb na 3-4 dni. Szef sztabu dywizji gen. Maurycy Hauke wyjechał z Kwidzyna na spotkanie z marsz. Mortierem przebywającym pomiędzy Prabutami a Dzierzgoniem. Jednak po przybyciu do Dzierzgonia dowiedział się, że marszałek udał się do Zalewa. Skierował się tam natychmiast. Hauke poinformował marsz. Mortiera, iż dywizja ma tylko po 45 naboi na żołnierza i że będzie prawie niemożliwe dojście następnego dnia do Zalewa.
Gen. Hauke powrócił z wyprawy do dywizji o 2.30 nad ranem. Wydał zaraz por. Ożarowskiemu z artylerii rozkaz natychmiastowego udania się na placówkę w Kwidzynie po przydział 100 000 sztuk naboi dla piechoty i odpowiednich skałek. Skierował się tam również pododdział saperów by eskortować dostawę.
8 czerwca na godz. 6 rano (według niektórych źródeł o 4.00), Dąbrowski zarządził koncentrację dywizji w Prabutach, skąd pomaszerowała przez Stary Dzierzgoń, już Oberlandzką „Route 66” do Zalewa. W czasie marszu dywizja podzielona była na dwie części. Kawaleria podążała z dowództwem, natomiast druga kolumna maszerowała „wielką drogą” przez Górki.
Do Zalewa dywizja dotarła nocą, z wyjątkiem trzeciego regimentu, który wcześniej zakwaterował w Przezmarku i Folwarku. W Zalewie wojsko zatrzymało się na nocleg po 30 kilometrowym marszu. Być może wtedy właśnie mieszkańcy usłyszeli po raz pierwszy Mazurek Dąbrowskiego.
Część żołnierzy, zwłaszcza tych, którzy cierpieli pod Gdańskiem na szkorbut i inne choroby, nie mogła podołać trudom wędrówki i zaczęła pozostawać w tyle. Aby zapobiec tym ubytkom w szeregach, Dąbrowski rozkazał dowódcom kompanii i batalionów zwracać większą uwagę na porządek marszu, a zwłaszcza na występowanie z szeregów. Dowódcom batalionów polecił jechać na końcu oddziałów i zbierać maruderów. Zaś dowódcom kompanii rozkazał urządzać 2 razy dziennie apele i sprawdzać stan podkomendnych oraz pytać o przyczyny ich nieobecności. Postulował również, aby żołnierze maszerowali z bagnetami nałożonymi na karabiny, ponieważ zbliżają się do kwatery cesarskiej. Cesarz, który 2 dni wcześniej kwaterował w Zalewie, znajdował się wówczas w Klein Krickau (pomiędzy Morągiem a Dobrym Miastem).
Nie lada skarb transportowany był w tych dniach przez Zalewo i Morąg. Jan Weyssenhoff, major 4 p. piechoty, wspominał: „Dywizja gen. Dąbrowskiego otrzymała asygnację na gratyfikację i razem rozkaz ruszenia natychmiast do wielkiej armii. Gen. Dąbrowski, który wyleczony z ran już był wrócił do wojska, zebrał jak najspieszniej rozrzuconą po przykopach dywizję i ruszył na Kwidzynę i Saalfeld [Zalewo], gdzie wtenczas znajdowała się wielka armia i cesarz. Szło jeszcze o odebranie gratyfikacji dla dywizji. W tym celu rozkazał mi zostać w Gdańsku, śpieszyć z odebraniem i dogonić dywizję... Odebrałem sumę w grubej srebrnej monecie; suma była znaczna, gdyż każdy podoficer i żołnierz otrzymał po 12 franków. Z ciężarem takim, bez straży nie łatwo było udać się w drogę pełną dochodzących oddziałów, a co gorsza maruderów. Dostawszy wreszcie wóz i 4 konie, po wielu trudnościach i niebezpieczeństwach, dogoniłem dywizję pod Heilsbergiem [Lidzbark]”. Bohater powyższej eskapady miał dużo szczęścia, iż udało mu się bez eskorty, w zawierusze wojennej, dostarczyć do celu pełną furę srebrnych franków. Zapewne nie był to jedyny transport tego rodzaju w tym okresie przemieszczający się Oberlandzką „Route 66”, za głównymi siłami francuskimi i cesarzem.
Następnego dnia, to jest 9 czerwca o godz. 4 rano, dywizja Dąbrowskiego zebrała się w Bartach i pomaszerowała do Morąga, gdzie zatrzymała się na kolejny nocleg. Płk Hauke, szef sztabu legii poznańskiej, zapisał tego dnia w swoim dzienniku: „[i]Dywizja stanęła wieczorem w Morungen. Ja byłem posłany do marszałka Mortier. Wyjechałem z rana z Saalfeld [Zalewo] do Morungen [Morąg], Alt Reischich [Boguchwały] do Deppen [Żółwin] i powróciłem w wieczór do Morungen
[/i]”.
10 czerwca dywizja udała się do Kwiecewa, dokąd dotarła późnym wieczorem i stanęła na noc, przy mocnym deszczu. Po krótkim wypoczynku, o godz. 2 nad ranem 11 czerwca nastąpił wymarsz do Praslit (przez Dobre Miasto). Przeszedłszy znowu ok. 28 km dywizja stanęła w Łaniewie pod Lidzbarkiem, gdzie w przeddzień armia francuska stoczyła bitwę.
Nocą z 11 na 12 czerwca, wojska rosyjskie i pruskie były w odwrocie na północ w kierunku Bartoszyc. Dywizja gen. Dąbrowskiego przydzielona została do grupy dowodzonej przez Napoleona starającej się zagrodzić Rosjanom drogę. Stosownie do otrzymanych rozkazów po południu 12 VI dywizja pomaszerowała w stronę Deksyt. Jednakże po przebyciu 20 km „dla niezmiernych deszczów i gliniastej drogi, tak ulewą gwałtowną zepsutej, że artyleria awansować nie mogła, po 12 godzinach marszu musiała stanąć na spoczynek pod Besen [Bądze] w gołym polu”. Jednak po 2 godzinach postoju nadszedł rozkaz dalszego marszu z obietnicą odpoczynku w Pruskiej Iławie. Kiedy zaś dywizja tam stanęła, przekonano się, że odpoczynek nie jest możliwy, ponieważ w miasteczku była kwatera cesarza. Po zrobieniu 25 km marszu trzeba było odbyć defiladę i maszerować jeszcze 7 km, ażeby zająć kwatery w miejscowości Lampaski, dokąd dywizja przybyła nocą z 13 na 14 VI „zrobiwszy marsz bardzo gwałtowny bez żadnej żywności i w złej pogodzie”.
Ludzie byli wyczerpani i głodni. Wprawdzie rozkazy otrzymane przy wymarszu z Gniewu nakazywały zabranie żywności, ponieważ przewidywano jej brak na ziemi wschodnio-pruskiej, jednakże poszczególni żołnierze nie wierzyli tym ostrzeżeniom, a będąc słabo zdyscyplinowani nie chcieli nosić żelaznej porcji i wyrzucali ją albo zjedli. Ta lekkomyślność odbijała się teraz bardzo boleśnie.
Wojska polskie podczas całej kampanii 1807r., podobnie jak i francuskie, żywione były na koszt mieszkańców terenów, na których działały oraz na koszt nieprzyjaciela. W związku z tym służba zaopatrzenia posuwała się przy oddziałach straży przedniej i zaraz po wkroczeniu wojska na nowe obszary, wspólnie z władzami cywilnymi, przeprowadzała rekwizycje, urządzała magazyny i rozprowadzała żywność do jednostek pozostających w drugim rzucie. Jednak w trakcie czerwcowego pochodu wojsk polskich, pomimo zabezpieczenia maszerujących w prowiant, panował głód, z powodu niefrasobliwości Wielkopolan, liczących na zasobność niemieckich mieszkańców tych stron. A. Białkowski wspominał: „Po przejściu tego miasta [Kwidzynia] rozkazano nam odebrać z magazynów tam przysposobionych żywność kompletna na dni 10, z tem zastrzeżeniem, żeby każdy ją ze sobą niósł, gdyż wojsko przejdzie w takie okolice, że będzie brak takowej. Ale nikt nie chciał przypuścić, aby w okolicach niemieckich, na żywności zbywało. Z tego powodu – wielu żywności albo zużyło, albo porzuciło, a później w głodzie największym korpus nasz iść musiał. I tak postępowaliśmy marszem forsownym idąc na miasteczko Merung [Morag], pod którym zastaliśmy obóz nieprzyjacielski ze sztucznie robionych baraków z brzeziny. Dalej szliśmy na Gutstadt [Dobre Miasto] (gdzie już była bitwa stoczona przez awangardę francuska i trupami zasłane pole). Miasta i wsie okoliczne spalone były i bezludne”.
Jakże srodze musieli zatem wówczas cierpieć mieszkańcy miejscowości wzdłuż Oberlandzkiej „Route-66” i okolic, obciążeni nieustającymi rekwizycjami żywności i obowiązkiem zakwaterowania przemieszczających się mas wojska.
Ostatni etap marszu odbywał się w warunkach wprost rozpaczliwych, jak o tym zapewnia Dąbrowski: „Żołnierz bez obuwia, bez żywności, osłabiony pracą 3-miesiecznego oblężenia [Gdańska], zdawał się przewyższać siły fizyczne człowieka, pełniąc bez szemrania powinność swojego stanu. Kilku ludzi zmarło z fatygi. Z dnia 13 na 14 jeszcze noc całą maszerowaliśmy śpiesząc się do boju, nie mając od 3 dni chleba i ledwo pół racji mięsa”.
Tymczasem na przedpolu miasteczka Frydland, będącego punktem przeprawy przez Łynę, od wczesnego ranka toczyła się walka. Dywizja Dąbrowskiego, z wyjątkiem kawalerii, nie brała większego udziału w bitwie, w której Rosjanie stracili 30 000 ludzi. Zwycięstwo to umożliwiło Francuzom zajęcie Królewca i zmusiło Aleksandra I do zawieszenia broni.
Dobra postawa dywizji, pomimo tylu przebytych trudów w czasie forsownego marszu, spotkała się z pochwałą ze strony cesarza, którą wyraził, gdy objeżdżał pobojowisko.
Pięć tysięcy żołnierzy polskich, którzy maszerowali Oberlandzką „Route 66” w czerwcu 1807 r. stanowiło zaledwie cząstkę sił, jakie pod wodzą Bonapartego nacierały na Prusaków i Rosjan. Polacy, z racji krótkotrwałego pobytu, a przede wszystkim z powodu uciążliwości związanych z ich kwaterunkiem, nie spotkali się z życzliwością Mazurów. Jednak polskie wojsko znów było obecne na wrogich terenach zamieszkałych przez pobratymców, a relacje opublikowane z tego pobytu przypomniały polskiemu społeczeństwu o naszych ziemiach nad dolną Wisłą i w Prusach.

Jan_Henryk_Dabrowski_.jpg
Plik ściągnięto 92 raz(y) 93,32 KB

 
 
marcin 
Nie ma dublera dla sapera!


Pomógł: 1 raz
Wysłany: Czw 23 Wrz, 2010 23:52   

Ewingi napisał/a:
Pierwszą legię tzw. poznańską, pod dowództwem gen. dyw. J. H. Dąbrowskiego tworzyli żołnierze, w większości, z departamentu poznańskiego i bydgoskiego. Wiosną 1807r. uczestniczyła ona w oblężeniu Gdańska. Wtedy też w skład legii poznańskiej wchodziły: 2, 3, 4 pułk piechoty, 1 pułk strzelców konnych, bateria artylerii. 26 maja oddziały te liczyły 4 650 żołnierzy i oficerów pod bronią.

Nie lada skarb transportowany był w tych dniach przez Zalewo i Morąg. Jan Weyssenhoff, major 4 p. piechoty, wspominał:...


Dnia 4 kwietnia 1807 rozkazem ministra wojny, ks. Józefa Poniatowskiego piechota Księstwa Warszawskiego otrzymała nową numerację pułków - i pułk 4ty stał się "moim" 12tym. :clap:
_________________
"Powiedzieć komuś idiota, to nie obelga, lecz diagnoza" - J. Tuwim

www.TwierdzaGdansk.pl
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 28 Sie, 2011 23:50   

Niedługo już najniebezpieczniejsze skrzyżowanie na Oberlandzkiej Route 66, w Małdytach, z drogą ekspresową Warszawa-Gdańsk, będzie można pokonać bez obawy o utratę życia w wypadku drogowym. Żwawo postępują pracę przy budowie wiaduktu, na odcinku nowobudowanej trasy, przy jej przecięciu z szosą Zalewo-Morąg, pomiędzy Małdytami, a Zajezierzem. Zdjęcia przedstawiają stan robót z początków sierpnia 2011r. W przyszłym roku będzie to już przejazd bezkolizyjny.

Maldyty11.08,09(4)a.jpg
Plik ściągnięto 8471 raz(y) 99,34 KB

Maldyty11.08.09 (5)a.jpg
Plik ściągnięto 8471 raz(y) 68,24 KB

Maldyty11.08.09 (11)a.jpg
Plik ściągnięto 8471 raz(y) 75,42 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 04 Wrz, 2011 22:22   

Trampa z tabliczką „California Route 66” spotkała wczoraj koleżanka, na stacji paliw w Małdytach. Rejestracja auta miejscowa. Dzięki Irena za refleks i podesłanie tego zdjęcia!

Maldyty_I.T.1r.jpg
Plik ściągnięto 8385 raz(y) 57,15 KB

Ostatnio zmieniony przez Ewingi Nie 04 Wrz, 2011 22:22, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Sro 07 Wrz, 2011 22:37   

Na zdjęciu, samochód ciężarowy, ogołocony z tylnej opony, wjeżdżający z impetem na starówkę zalewską górującą nad byłym Przezmarckim Przedmieściem. Wydawał oczywiście przy tym olbrzymi hałas.
Dokładnie w tym miejscu, również w sierpniu, w 1968r., zginął młody zalewianin, pod kołami wozu sowietskich sołdatów, polska ofiara inwazji bratnich armii na Czechosłowację (patrz post w tym wątku z 18.08.2009r.)

Zalewo11.08.11 .JPG
Plik ściągnięto 8312 raz(y) 73,25 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Pią 11 Lis, 2011 20:39   

Tajemnicza kawalkada

Jakież było zdziwienie mieszczan zalewskich, gdy wczesnym, lipcowym rankiem 1736r., zakazano im wychodzić na ulice miasteczka, a przez okna kamienic ujrzeli oni orszak z karetami, pędem przejeżdżającymi przez Rynek, od strony Przezmarckiego Przedmieścia w kierunku Bramy Morąskiej. Podróżnym towarzyszyli uzbrojeni jeźdźcy oraz liczna służba, wszyscy na dorodnych koniach. Rozpoznano tylko jednego jeźdźca, starostę przezmarckiego Kikoła, jadącego blisko jednej z najbardziej okazałych karet. Straż miejska i starościńska pilnowała zakazu opuszczania domostw, ale obowiązywał on bardzo krótko. Przejazd orszaku przez puste miasteczko, obiema ulicami przelotowymi, Klasztorną i Długą, do Bramy Morąskiej, trwał zaledwie chwilę i zaraz potem życie szybko powróciło do normy. Niemniej jeszcze przez prawie godzinę ciągnęły przez miasteczko tabory, jakby nie nadążając za szpicą. Hans Hadamer, żebrak, którego na ten czas osadzono prewencyjnie w areszcie, w baszcie Przezmarckiej, skąd przez niewielką szparę miał widok na rozciągające się w dole Przedmieście Przezmarckie, skwitował całe zamieszanie w dwóch słowach „Ki czort!”

Nie odnotowano w zalewskim Stadtbuchu powyższego wydarzenia, ani też nie utrwalił się w pamięci zalewian ten całkiem niespodziewany dla nich, tak liczny zastęp podróżnych na ulicach tego oberlandzkiego miasteczka, który zmusił ich, pomimo czasu przygotowania do żniw, do przymusowego pozostania przez pewien czas w domostwach. Podobne niedogodności spotkały zapewne morążan i mieszczan miłakowskich, przez które to miasteczka przejeżdżała ta niecodzienna kawalkada. Tam również nie zapisano w miejskich papierach tego wydarzenia. Dopiero po latach przejazd tak niecodziennego orszaku, z racji podróży monarchy, opisany został przez historyków zajmujących się tamtymi czasami w księgach, które dziś spoczywają zakurzone w magazynach bibliotek.

cdn

Brama_ca 1939a.jpg
Stary rysunek bramy zalewskiej w posiadaniu autora. Brama Przezmarcka, do czasów jej rozbiórki w 1848r. utrzymywana była w dobrym stanie. Nad przejazdem znajdowało się mieszkanie strażnika brannego. Stykało się ono z położoną od wschodu posępną izbą przez
Plik ściągnięto 8043 raz(y) 41,69 KB

 
 
mirekpiano 

Wysłany: Sob 12 Lis, 2011 21:26   

Ewingi napisał/a:
Tajemnicza kawalkada
Dopiero po latach przejazd tak niecodziennego orszaku, z racji podróży monarchy, opisany został przez historyków zajmujących się tamtymi czasami w księgach, które dziś spoczywają zakurzone w magazynach bibliotek.

cdn


O którego to monarchę chodziło? Polskiego czy Pruskiego?
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 13 Lis, 2011 00:48   

Zanim jednak wyjawiona zostanie tajemnica orszaku przejeżdżającego latem 1736r. Oberlandzką „Route-66”, poświęćmy kilka słów szlakom pocztowym i komunikacyjnym państwa pruskiego w XVIII w.
Jeden z najbardziej ważnych szlaków kurierskich i pocztowych nowopowstałego Królestwa Prus, z Berlina do Królewca i dalej do Petersburga, przecinał Oberlandzką „Route-66” w Przezmarku. Miejscowość ta, będącą siedzibą urzędującego na, pokrzyżackim zamku starosty, była w XVIII w. ważną stacją pocztową na szlaku kurierskim Berlin-Królewiec. Tutejsza warownia, położona obronnie na półwyspie wrzynającym się w jez. Motława Wielkie, już w czasach zakonnych był znaczącym ogniwem w dobrze zorganizowanej siatce poczty krzyżackiej (zob. wątek Poczta krzyżacka, link: http://www.marienburg.pl/viewtopic.php?t=6196 ). Przezmark (Preußisch Mark) odnotowywany był na mapach pocztowych i militarnych osiemnastowiecznej Europy. Stąd też rozgałęzienie szlaków komunikacyjnych wiodło już Oberlandzką „Route-66” do Zalewa, a dalej w kierunku Morąga lub Ostródy oraz do Dzierzgonia i dalej do Malborka.
Królewiecki szlak pocztowy biegł z Berlina przez Vogelsdorf – Müncheberg – Seelow – Kostrzyń – Białcz - Górzów Wielkopolski – Mirsk – Drezdenko – Wieleń – Trzcianka – Piła – Grabionne – Nakło – Bydgoszcz – Ostromencko – Chelm – Grudziądz – Kwidzyn – Prabuty – Przezmark – Pasłęk – Młynary – Braniewo – Hoppenbruch - Brandenburg i. Pr. - Królewiec. Na pokonanie tej trasy dyliżans potrzebował 250 godzin jazdy, nie licząc przerw i noclegów. A ruch pomiędzy stolicą królestwa, a miastem nad Pregołą był nawet spory. Przede wszystkim trasa ta obsługiwana była przez regularną pocztę królewską. Super pilne przesyłki królewskie konni pocztylioni byli w stanie dostarczyć z Berlina do Królewca nawet w 86 godzin. Tyle właśnie czasu zajęło poczcie dostarczenie w 1794r. filozofowi Emanuelowi Kantowi pisma ze stolicy Prus, które nakazywało mu przyrzeczenie, iż w przyszłości wstrzyma się od wszelkich publicznych rozważań kwestii religijnych. Dodatkowo z usług poczty korzystali podróżni. W trakcie jazdy zatrzymywano się na nocleg w karczmach, przy stacjach pocztowych, na których zmieniano konie w zaprzęgach. Przeważnie były one brudne, pełne robactwa i słabo zaopatrzone. Karczmy cieszyły się często złą opinią, jako ulubione miejsca wszelkiej maści "ludzi gościńca": przestępców, włóczęgów i prostytutek. Jedynie wyższej klasy lokale posiadały wydzielone sale dla lepszej klienteli. Zajazd w owym czasie znajdował się oczywiście również i w Przezmarku. Już w XIV w. były tutaj aż dwie karczmy, które zapewne zapewniały również i usługi hotelowe, oczywiście w standardzie czasów średniowiecza. Przezmarcki zajazd z początków XX w. przedstawia załączona fotografia.
cdn

Postarum2.jpg
Johann Baptist Homann, Postarum seu Veredariorum Stationes per Germaniam et Provincias Adiacentes, Nürnberg 1709. Szlak pocztowy Berlin - Królewiec
Plik ściągnięto 9934 raz(y) 67,9 KB

Postkarte.jpg
Homann, Johann Baptist; Schmidt, Johann Michael, Neue und vollständige Postkarte durch ganz Deutschland und durch die angränzenden Theile der benachbarten Länder, Nürnberg 1786, ca1:1 500 000
Zwraca uwagę niedokładność ujęcia szlaku na odcinku oberlandzk
Plik ściągnięto 9934 raz(y) 59,66 KB

Przezmark1914.jpg
Zajazd w Przezmarku 1914r.
Plik ściągnięto 9934 raz(y) 63,04 KB

 
 
Kuglow 


Pomógł: 3 razy
Wysłany: Nie 13 Lis, 2011 01:11   

:clap: Brawo Ewingi , nic dodać, nic ująć. :ok:
_________________
"Tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka."
Józef Piłsudski
 
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Pon 14 Lis, 2011 23:37   

W znacznie bardziej komfortowych warunkach, niż opisywane powyżej, podróżowali magnaci i monarchowie. Np. na noclegi królewskie wyznaczone były w Prusach pałace magnackie. Taką rolę spełniała między innymi rezydencja wybudowana przez Finckensteinów w Kamieńcu (Finckenstein). Do tzw. „królewskich” rezydencji zaliczano wówczas również w Prusach Wschodnich Friedrichstein (obecnie Kamienka w obwodzie kaliningradzkim) oraz Dönhoffstadt (Drogosze pow. Kętrzyn). Królowie pruscy często korzystali z gościny kamienieckich gospodarzy (zobacz posty w tym temacie powyżej), nocował tu podobno także August II Mocny, król polski latach 1697-1706 i 1709-1733.

Latem 1736r. król pruski Fryderyk Wilhelm I udał się w podróż z Berlina do swojej najdalej na wschód wysuniętej prowincji. Monarcha podróżował karetą zaprzężoną w osiem koni, mimo że wystarczyły trzy lub cztery. Dzienna droga wynosiła 12 do 15 mil niemieckich (1 mila niemiecka = 7 500 m), niekiedy nawet 20. Podróżowano od 4 rano do późnego wieczora. Landraci i urzędnicy urzędów domenalnych przez które przejeżdżał król obowiązani byli jechać obok królewskiego powozu konno i być w pogotowiu do udzielenia odpowiedzi. W orszaku znajdował się poza następcą tronu, księciem Augustem Wilhelmem, margrafem v. Schwedt, księciem von Anhalt oraz jego synem, gen. v. Grumbkow, francuski poseł, adiutanci i 5 innych oficerów, 2 sekretarzy gabinetu, 12 paziów na koniu oraz 4 posłańców. Tabory liczyły 21 wozów, w tej liczbie znajdowały pojazdy z kuchnią i kilka z prowiantem oraz z bagażem. Dla całego orszaku potrzebnych było łącznie 198 koni, które zmieniano co dwie mile na stacjach pocztowych. Wtedy też podosie wozów studzono wodą.
Wiadomo, iż 7 lipca orszak królewski przekroczył Wisłę i dalsza jego trasa biegła przez Przezmark, Zalewo, Morag, Miłakowo do Lubomina (wieś gminna pomiędzy Dobrem Miastem a Ornetą). Zapewne monarcha jak zwykle zatrzymał się na nocleg w gościnie u Finckensteinów w Kamieńcu. Jeżeli tak, to kawalkada królewska nie musiała wyruszyć stąd skoro świt, aby dotrzeć jeszcze tego samego dnia do Lubomina oddalonego ok. 10 mil od Kamieńca. W każdym bądź razie orszakowi cały czas towarzyszył, od Kamieńca, co najmniej do Czulpy nad jez. Ruda Woda k. Małdyt, wspomniany starosta przezmarcki Zygmunt Fryderyk Kikoł, pan na Karnitach (1731) i Borecznie, pułkownik i dowódca pułku piechoty v. Flantz. Pełnił on ten urząd w latach 1736-1740. Należy podkreślić, iż wyprawa monarsza była wielkim logistycznym przedsięwzięciem. Aby przebiegała ona sprawnie, szczególna rola w jej realizacji przypadała miejscowym starostom, którzy byli odpowiedzialni za sprawne zarządzanie podległymi sobie okręgami.


Biografie:
Fryderyk Wilhelm I, (1688 - 31 maja 1740), od 1713 r. król pruski, twórca militarnej potęgi Prus. Podporządkował państwo potrzebom armii, zorganizował system powszechnej służby wojskowej, wprowadził koszarowe zwyczaje na dworze i w administracji oraz prowadził politykę unikania konfliktów międzynarodowych. Nazywany "królem-kapralem" ponieważ doprowadził Prusy do potęgi militarnej. Był człowiekiem oschłym i cynicznym. Na oczach swojego syna, stracił jego przyjaciela.
Książę August Wilhelm, (1722 - 1758). Drugi syn króla Fryderyka Wilhelma I. Był generałem w okresie wojen śląskich. Ponieważ jego starszy brat (Fryderyk II Wielki) nie miał dzieci, najstarszy syn Augusta odziedziczył tron jako król Fryderyk Wilhelm II.
-gen. Fryderyk Wilhelm v. Grumbkow, (1678-1739) – pruski mąż stanu i marszałek (od 1737r.). W okresie 6 XII 1728 - 18 III 1739 był pierwszym ministrem Prus.

cdn

Fredrich Wilhelm Soldaten konig.jpg
Fryderyk Wilhelm I
Plik ściągnięto 9865 raz(y) 51,11 KB

Friedrich_Wilhelm_v.jpg
gen. Fryderyk Wilhelm v. Grumbkow
Plik ściągnięto 9865 raz(y) 23,88 KB

Prince Augustus William1.jpg
Książę August Wilhelm
Plik ściągnięto 9865 raz(y) 9,62 KB

 
 
KrzysztofW 


Pomógł: 1 raz
Wysłany: Wto 15 Lis, 2011 20:03   

Ewingi napisał/a:
z Berlina przez Vogelsdorf – Müncheberg – Seelow – Kostrzyń – Białcz - Górzów Wielkopolski – Mirsk – Drezdenko – Wieleń – Trzcianka – Piła – Grabionne – Nakło – Bydgoszcz – Ostromencko – Chelm – Grudziądz – Kwidzyn – Prabuty – Przezmark – Pasłęk – Młynary – Braniewo – Hoppenbruch - Brandenburg i. Pr. - Królewiec.

Ale na mapkach jest zaznaczona inna trasa: przez ..., Tucholę, Świecie.
Ciekawe, czy to dwa warianty, czy kiedyś zmieniono trasę, i jeśli tak, to która była wcześniejsza :?:
 
 
firyza 


Pomogła: 3 razy
Wysłany: Pon 06 Lut, 2012 12:29   wiadukt k. Małdyt

Wczorajsza fotka z trasy Zajezierze-Małdyty

Zajezierze Małdyty 1.jpg
Plik ściągnięto 9651 raz(y) 93,25 KB

Zajezierze Małdyty 2.jpg
Plik ściągnięto 9651 raz(y) 91,94 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 02 Wrz, 2012 23:15   

Ostatnie Wielkie Manewry w PW – baza sterowców w Dobrocinie na Oberlandzkiej Route 66.

Oberlandzki odcinek Route 66 ma w swojej historii również ciekawy epizod lotniczy, związany z użyciem sterowców, podczas wielkich cesarskich manewrów przed I w. światową. Wtedy też po raz pierwszy sterowce pojawiły się niebie Prus Wschodnich.

Manewry wojskowe urządzano w Prusach już w czasach Fryderyka Wielkiego. Na przełomie XIX i XX w. największe i najbardziej prestiżowe z nich nazywano Wielkimi Manewrami Cesarskimi. Z udziałem monarchy organizowane były one co roku w innej części Niemiec. Te, które przygotowano we wrześniu 1910 r. z wielu względów miały być wyjątkowe. Po dziewięcioletniej przerwie odbywały się ponownie na terenie Starych Prus, a w ich trakcie zamierzano przetestować szereg nowinek technicznych – m.in. wyposażone w radiostacje sterowce, dużą ilości samochodów oraz nowe mundury w kolorze feldgrau. Były to ostatnie wielkie manewry w Prusach Wschodnich.
Termin ich wyznaczono na 8–10 września, odbywały się one na terenach Prus Górnych położonych pomiędzy dolną Wisłą a Pasłęką. Jak podkreślano, ziemie te pamiętały zmagania zjednoczonych wojsk pruskich i rosyjskich z Napoleonem w 1807 r., a także rozgrywające się tu wcześniej walki Zakonu Krzyżackiego po bitwie pod Grunwaldem.
Pozorowany bój prowadzić miały między sobą Korpusy Armijne: I (wschodniopruski), tworzący partię „czerwonych” i XVII (zachodniopruski), występujący jako „niebiescy”. Ten ostatni był słabszy (liczył tylko dwie dywizje). Sprawdzając doświadczenia niedawnej wojny rosyjsko-japońskiej zamierzano przećwiczyć manewr otaczania umocnionych pozycji terenowych. W przeddzień rozpoczęcia zmagań korpus „niebieskich” zająć miał stanowiska wyjściowe na przybliżonej linii Malbork – Dzierzgoń – Sztum, gdzie dowódca korpusu otrzymałby zadanie bojowe.

W manewrach uczestniczyć miały dwa wojskowe sterowce odmiennych systemów: sterowiec M. III, który przydzielono „niebieskim” oraz P.II, przydzielony „czerwonym”. Oba statki powietrzne wyposażone zostały w aparaty „bezprzewodowej telegrafii” tj. radiostacje i prowadzić miały rozpoznanie na rzecz swoich korpusów.

Już pod koniec sierpnia na miejsce manewrów drogą kolei żelaznej dotarły te dwa wielkie podniebne krążowniki. Transportem kolejowym dowieziono również stalowe rury do budowy przeznaczonych dla nich hangarów – te dla sterowca „niebieskich” ważyły 140 ton.
Dla sterowca M. III, większego, wzniesiono hangar na wzgórzu przy wjeździe do wioski Tropy Sztumskie. Natomiast bazę statku powietrznego przydzielonego siłom „czerwonych”, wojskowego P.II, urządzono w Dobrocinie / Groß Bestendorf przy Oberlandzkiej Route - 66, na drodze z Zalewa do Morąga, nieopodal linii kolejowej Morąg – Małdyty.
Dobra w Dobrocinie należały wówczas do barona von Goltz-Domhardt, który miał tu okazały pałac, istniejący do dziś.

Sterowiec P.II - należał do sterowców ciśnieniowych (bezszkieletowych). Jako jeden z całej serii sterowców opracowanych przez mjr. Parsevala zbudowany on został w 1909 r. Jeszcze będąc w posiadaniu cywilnej firmy Motorluftschiff-Studien GmbH. (M.St.G.), w czasie wystawy ILA w Hamburgu odbył on 61 lotów z 600 pasażerami (miał wtedy cywilne oznaczenie P.L.3). W październiku 1909r. odbył on z sukcesem pięciodniową lot po południowych Niemczech. Po manewrach z udziałem sterowców (na przełomie X i XI 1909r.) zmodernizowano go i pozostawiono w armii jako P II. Również w kwietniu następnego roku uczestniczył on w manewrach, w których brały udział inne tego rodzaju statki powietrzne. Sterowiec P II posiadał dwa silniki o mocy 110 KM, jego udźwig wynosił 1,6 tony, pułap 2 km, promień działania 500 km, objętość gazu w zbiorniku wynosiła 5 600 do 6 600m³. Latał on wolniej niż M. III (51 km/h), lecz dzięki unikalnym rozwiązaniom i przemyślnej konstrukcji odznaczał się większą zwrotnością, stabilnością oraz wyjątkowo stromym kątem wznoszenia się i opadania. Mierzył „tylko” 70 m długości i ponad 11,3 m średnicy. Dzięki temu mniejsze rozmiary niż hangar w Tropach Sztumskich, musiała mieć hala wzniesiona dla niego w Dobrocinie. Należy dodać, iż lot próbny sterowca M.III z bazy w Tropach nastąpił w środę 7 września 1910r. i była to pierwsza podróż sterowca wojskowego ponad ziemiami Starych Prus.

Manewry rozpoczęły się w czwartek 8 września i trwały do soboty 10 września 1914r. włącznie. Przewidywano, że linia rozpoczęcia zmagań między wojskami „niebieskich” i „czerwonych” przebiegać będzie na północ i południe od Pasłęka, który pełnić miał funkcję głównej kwatery kierownictwa manewrów. Na jego czele stał gen. v. der Goltz, zastępujący chorego szefa Sztabu Generalnego, gen. hr. v. Moltke. W założeniach manewrów, jako moment wyjściowy przyjęto następującą sytuację: wojska „czerwonych” wycofują się przed wojskami „niebieskich” na wschodni brzeg Wisły, gdzie oczekując posiłków będą starały się powstrzymać natarcie w oparciu o Kanał Oberlandzki oraz linię jezior. Zakładano, że starcie „niebieskich” z „czerwonymi” przebiega wzdłuż północnego odcinka hipotetycznego frontu, ciągnącego się dalej na południe. Pierwszego dnia „niebiescy” atakować mieli linię wpływającej o jez. Drużno rzeki Dzierzgoń, a należąca do nich dywizja kawalerii sforsować powinna na północy rzekę Elbląg rozwijając się przeciwko stojącym tu słabym siłom przeciwnika. Wszystkie mosty oznaczono jako zniszczone. Pogoda od początku była fatalna, utrudniając zadania nie tylko piechocie, kawalerii i taborom. Zmagając się z deszczem sterowce obu stron próbowały zdobywać informacje o przeciwniku. Miały one przeciwko sobie nie tylko pogodę, lecz również artylerię przeciwlotniczą – z dobrym skutkiem wypróbowano służące do zwalczania celów powietrznych nowe działo Kruppa, XVII. – działo syst. Ehrhardta.

Sterowiec P.II poleciał z Dobrocina w kierunku Malborka, a następnie zameldował koncentrację wrogiej dywizji w rejonie Tczewa. Mieszkańcy miejscowości nad którymi przelatywał wysoko usłyszeli wpierw szum śmigieł i zaraz potem zobaczyli „olbrzymie żółte cygaro”. Była to niesamowita sensacja. Sterowiec płynął po niebie niczym morski okręt, spokojnie i majestatycznie. Kto żyw wybiegał na dwór. Gapie oblepili dachy. Każdy chciał zobaczyć te niecodzienne zjawisko. W niebo wzleciały czapki, krzyczano i wymachiwano chusteczkami pozdrawiając lotników. Niestety niedaleko Sztumu statek musiał zawrócić i z powodu burzy lądować na wrogim terytorium, szukając schronienia w hali „niebieskich”. Przez resztę dnia nie wziął już udziału w działaniach – jeden z silników był uszkodzony.

Dzięki tym manewrom stwierdzono, że możliwość prowadzenia rozpoznania z powietrza, podobnie jak nowoczesna technika, w pewnych sytuacjach zawodzą. Niezastąpione okazywały się stare wypróbowane metody rozpoznania w postaci kawaleryjskich patroli. Bardziej wiarygodne wyniki mogły dać nocne loty sterowców i te postanowiono wprowadzić podczas kolejnych ćwiczeń.
Kłopot sprawiało nie tylko maskowanie sił wroga, ale i pogoda. Podczas manewrów ze sterowcami współdziałał pewien profesor meteorologii z Poczdamu, dwa razy dziennie dostarczając załogom mapy zachmurzenia. Przez radiostację informował je ponadto o nadciągających burzach. To przede wszystkim radiostacje potwierdziły podczas ćwiczeń swą wielką przydatność w boju.

Zainteresowanie przebiegiem ćwiczeń było ogromne. Sam cesarz Wilhelm II specjalnie przybył do Prus Wschodnich, aby obserwować ćwiczenia. Wszystko odbywało się jak na scenie, przed oczami tysięcy widzów. Na tereny manewrów przybyły bowiem wielkie tłumy ciekawskich. W piątek 9 września Elbląg był jak wymarły – zamknięto fabryki, biura i szkoły. Dyrekcja kąpieliska w Sopocie zorganizowała zbiorowe wycieczki do Pasłęka. Samochody zabierały po 30 osób i prowiant, a z ich okien obserwować można było pole walki. Nie zapomniano o namiotach, aby wycieczkowicze biwakować mogli razem z wojskiem. Wszyscy kibicowali „niebieskim”. Poza korespondentami gazet niemieckich w Pasłęku, gdzie jak wspomniano, mieściła się główna kwatera kierownictwa manewrów, zjawili się dziennikarze agencji zagranicznych, głównie angielskich i francuskich. Relacja z tych manewrów, z The Times z dnia 19 września 1910r. przytoczona została przeze mnie na Pomorskim Forum Eksploracyjnym – zob. http://forum.eksploracja....&p=88509#p88509 .

Sterowiec P II, zaliczając w sumie 74 powietrznych rejsów, zakończył swoją służbę po awaryjnym wodowaniu na morzu 16 maja 1911r.

Tekst przygotowano na podstawie artykułu Rafała Bętkowskiego „Wielkie Manewry” opublikowanego na str. 40-44 DEBATY, nr 7 (58) 2012, informacji ze strony http://www.mars.slupsk.pl...ce/zep0woj3.htm , http://en.wikipedia.org/wiki/Parseval_airships oraz innych źródeł. Sześć zdjęć sterowca z 1909r. (Parseval PL3 – P II) znajduje się po adresem http://www.earlyaeroplanes.com/archive4.htm#jpl .

Parseval-Broschuere-E1 (C).jpg
Litografia Willy Stowera przedstawiająca sterowiec P II w 1910r.
Plik ściągnięto 9460 raz(y) 36,26 KB

1909.02.18_PL3_PII_gondola_jpl.jpg
Gondola sterowca P II
Plik ściągnięto 9460 raz(y) 53,98 KB

1909.02.18_PL3_PII_2_jpl.jpg
Czy zdjęcie przedstawia start P II w Dobrocinie? Po prawej stronie widoczny wiatrak, stał taki też w tej wsi, zanim przeniesiono go do Olsztynka.
Plik ściągnięto 9460 raz(y) 42,58 KB

Ostatnio zmieniony przez Ewingi Nie 02 Wrz, 2012 23:33, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
wiosen1 
wiosen1

Wysłany: Nie 10 Lut, 2013 21:23   

Witam Ewingi co do ostatniego zdjęcia z całą pewnością nie jest to Dobrocin. Po pierwsze wiatrak jak najbardziej był holenderski z półokrągłą kopułą, a na zdjęciu mamy raczej dach spadowy, Teraz panorama, lub uwieczniony obraz na zdjęciu, jeśli brać pod uwagę położenie wiatraku to mamy scenerię od strony Małdyt czyli bliżej pola Wilamówka. Jak najbardziej widać wiatrak lecz wzniesienia na którym stoi zasłania pałac jak tez zabudowę kolejową po lewej stronie. Moim skromnym zdaniem jeśli już można mówić o cumowaniu sterowców to gdzieś w pobliżu folwarku.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group