Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"

Chronimy Twoją prywatność
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w temacie o RODO


Poprzedni temat «» Następny temat
Oberlandzka "Route 66"
Autor Wiadomość
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Sob 25 Kwi, 2009 03:18   

Jedno z miejsc wymienionych powyżej gdzie Napoleon był i walczył dzielnie.
Nie znam niemieckiego ale podaje tekst tak jak jest w orginalnym albumie.
Zródło: http://www.zlb.de/digitalesammlungen/

Kamiemniec.marien.jpg
Plik ściągnięto 5395 raz(y) 107,57 KB

Kamiemniec.Tekst.marien.jpg
Plik ściągnięto 5395 raz(y) 115,4 KB

Ostatnio zmieniony przez mazur222 Sob 25 Kwi, 2009 03:25, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Sob 23 Maj, 2009 16:05   

Gajdy (Goyden), mała wioska (obecnie ok. 140 mieszkańców), przez podróżujących Oberlandzką Route 66, pomiędzy Zalewem, a Przezmarkiem mijana jest niezauważalnie. Nie ma tu właściwie zabytków, ani też jeziora, tak licznie występujących w najbliższych okolicach. Na próżno szukać o wsi informacji w sieci, chyba że uruchomi się specjalistyczne wyszukiwarki. Wzmianki na temat jej dziejów można znaleźć jedynie w monografiach regionalnych.
A jednak Gajdy zapisały się na trwale w dziejach chrześcijaństwa światowego. I to dzięki dwóm braciom Stangnowskim pochodzącym z Gorzowa Wielkopolskiego, mieszkającym tutaj, w drugiej połowie XIX w. Jeden z nich Rudolf, miał duże zasługi w krzewieniu i rozwoju baptyzmu w Prusach Wschodnich, drugi, Juliusz, uważany przez swojego młodszego brata oraz jego współwyznawców za odszczepieńca, poczytywał się za Mesjasza i zapowiedział datę końca świata w 1896 r. On też, aktywnie propagujący szeroko swoje poglądy, spowodował rozłam wśród baptystów niemieckich i wyodrębnienie się nowej grupy wyznawców Chrystusa, do której współcześnie przynależą między innymi polscy Adwentyści Dnia Siódmego.

Ukonstytuowanie Gminy Baptystów w Bajdach nastąpiło 7 października 1855 r. W 1863r. członkowie Zboru wybudowali własnym sumptem kaplicę, mogącą pomieścić 300 wiernych. Rudolf Stangnowski, były długoletni wiejski nauczyciel z pobliskich Bądek, w liście opublikowanym w The Missionary Magazine w Ameryce w 1865r., tak podsumował budowę tej świątyni:
Przez dwa lata i częściowo w ciągu ostatniej zimy byliśmy zajęci budową kaplicy w Gajdach…Naszym głównym problemem był niedostatek pieniędzy. Ale pomimo tego zakończyliśmy budowę w 1863r. ... Kiedy budowa kaplicy była na półmetku, rozpoczęliśmy w niej regularnie odprawiać nabożeństwa. Wreszcie, nie bez pewnych konfliktów, dzięki Bogu, udało nam się budowę doprowadzić do końca… Kaplica stoi przy głównej ulicy wioski i widoczna jest w pełni przez przejezdnych. Dzięki swojemu położeniu, przyciąga ich uwagę. Każdy kto ją zobaczy zauważa: ”Kaplica Baptystów jest bardzo pięknym budynkiem. Co za ozdoba wsi!


Kaplica w Gajdach była jedyną w byłym powiecie morąskim świątynią Baptystów. Schodzili się do niej wyznawcy z całej okolicy. Jeszcze w 1931 r. dróżka, którą przychodzili niegdyś Baptyści jerzwałdzcy na nabożeństwo do Gajd, nosiła nazwę Drożyna Baptystów (Baptisten - Gestell). Kaplica przestała funkcjonować w 1920r., kiedy to ostatni wyznawcy tego nurtu protestanckiego wyemigrowali do Ameryki. Wtedy też kaplicę przystosowano do celów mieszkalnych.
P.S.
Jest to zajawka artykułu przygotowywanego na temat Baptystów gajdzkich, którego inspiracją był post od Mazur222

Ciekawostka: w pobliżu lasu i drogi do Witoszewa znajduje się wzniesienie 143 m n.p.m. (Goydener Berge, 1870 r.; Gajdzkie Góry, Leyding 1959 r.). Wojsko zbudowało tu w XIX w. wieżę triangulacyjną i widokową, z której przy dobrej pogodzie widać było Malbork. Stała się ona wkrótce atrakcją turystyczną w skali regionu.

Gajdy b. kaplica Baptystów.JPG
Budynek byłej kaplicy Baptystów w Gajdach obecnie. Zdjęcie udostępnione przez J. Sokołowskiego.
Plik ściągnięto 5349 raz(y) 77,06 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Sob 20 Cze, 2009 22:27   

Pierwszego kwietnia 1807r., wraz z przyjazdem Napoleona do Kamieńca (Finckenstein), miejsce to stało się centrum politycznym i ośrodkiem dyspozycyjnym władzy dla połowy ówczesnej Europy. W rezydencji junkra pruskiego, hrabiego Dohna, cesarz znalazł wygody, których pozbawione było pokrzyżackie zamczysko w Ostródzie, gdzie poprzednio zamieszkiwał. W pałacu w Finckenstein, rozlokowała się kwatera główna, mieściły się także, przeniesione z Paryża, niektóre ministerstwa. (zob. Kamieniec – mazurska stolica Europy w 1807r., K. Skrodzkiego pod adresem http://www.zapiskizalewsk...h/zapiski5.html i sprawozdanie hr. Dohna z pobytu Napoleona w Finckenstein, przetłumaczone przez K. Madelę dostępne pod adresem http://starydzierzgon.net...ntent&task=view ). Napoleon i towarzyszący mu urzędnicy i wojskowi, wśród których była też liczna grupa polska, utrzymywała ożywione kontakty korespondencyjne niemal z całą (francuską) Europą. Tę najważniejszą korespondencję, dotycząca spraw wielkiej polityki, czy planów militarnych, powierzono specjalnym posłańcom, wysokiej rangi oficerom. Jeszcze w pierwszych dniach 1807 r. byli to przede wszystkim oficerowie francuscy. Jednak wkrótce misje te przekazano Polakom. A przyczyną tego było następujące zdarzenie: „Napoleon ułożył sobie plan przepuścić wojska rosyjskie pragnące mieć komunikacją z Grudziążem. W tym celu wysłał oficera francuskiego do marszałka ks. Ponte-Corvo [Bernadotte’a], późniejszego króla szwedzkiego, aby tenże posunął się ku Elblągowi. Sam zaś z korpusem marszałka Augereau i 2 korpusem Neya miał cofnąć się ku Wiśle, aby tym sposobem ułatwić Rosjanom komunikacją z Grudziążem, by potem odciąć nieprzyjacielowi odwrót i przez to snadniej go pokonać. Plan ten odkrytym został przez złapanie oficera francuskiego wysłanego z depeszą, który dla oszczędności, a raczej przez chciwość, nie biorąc koni pocztowych, zatrzymywał się po wioskach oczekując za końmi i w trakcie tego przez Prusaków wraz z depeszami w łóżku jeszcze pochwyconym został, kiedy Napoleon najpewniejszy był swojego planu. Rosjanie, korzystając z czasu i wiadomości, uderzyli na korpus marszałka Augereau, który opierając się przez dzień cały, walczył jak lew.” Francuzi musieli stoczyć ciężką bitwę pod Pruską Iławą (koniec stycznia 1807r.), której pierwotnie nie przewidywał bóg wojny w swoich planach. „Po wypadku z oficerem francuskim, który tyle narobił złego, do posyłania z rozkazami Napoleon używał już samych tylko Polaków. I tak jakoś szczęśliwie się przytrafiło, iż ani jeden z naszych nie został złapanym. Za wszelkie tego rodzaju misje płacono bardzo dobrze, gdyż po 20 franków na milę za konie pocztowe. Polacy zaś, nie szukając w tym zysku, używali tylko koni pocztowych, unikając wiosek, jak również zamiast koni pocztowych nie brali koni chłopskich lub obywatelskich bezpłatnie, jak to zwykli byli czynić Francuzi przez chciwość nieprawego zysku, dlatego też częstokroć bywali chwytani przez nieprzyjaciela.”

Jednym z kurierów napoleońskich, z okresu pobytu Napoleona w Kamieńcu, był Augustyn Słubicki, autor cytowanych powyżej słów, należący do przybocznej gwardii honorowej cesarza, w której byli też Polacy. W swoich relacjach z okresu służby przy cesarzu w Kamieńcu, przytacza on 3 historie z podróży kurierskich w których narażony był na niebezpieczeństwo. Jedna z nich dotyczy przygody na trasie z Kamieńca przez Zalewo do Morąga: „Drugi raz takiż sam miałem wypadek, iż o mało co nie zostałem złapanym także z depeszami. Jedynie tylko gorliwością służby i przytomnością umysłu zdołałem ujść niebezpieczeństwa. Będąc posłanym do księcia Ponte-Corvo miałem od tegoż odebrać listy, a następnie udać się do marszałka Neya. Otrzymawszy depeszą samym wieczorem, udałem się w drogą na wozie do Maryngu [Morąga], odległego trzy mile drogi. Ujechawszy znaczny kawał, spostrzegłem w oddali ognisko placówki. Korzystając z otaczającej dokoła ciemności, podsunąłem się bliżej i przy blasku ognia rozpoznałem posterunek wroga — byli to kozacy. Ratowałem się wtedy ucieczką i dwie mile drogi piechotą rejterowałem do obozu księcia Ponte-Corvo. Uwiadomiwszy w obozie o powyższym zdarzeniu, w dalszą podróż wyjechałem inną zupełnie drogą.

Pomimo stacjonowania w Oberlandzie, na leżach zimowych wielu oddziałów francuskich i wojsk sprzymierzonych, zdarzały się przypadki akcji wojsk rosyjskich i pruskich na tym terenie. Np. pewnego ranka w lasach nad Jeziorakiem, pojawiła się grupa 50 huzarów pruskich. Przez zaufanego chłopa - przewodnika Prusacy doprowadzeni zostali w pobliże jez. Gaudy nad którym leży Kamieniec. Mieszkający w okolicy leśniczy do którego zamachowcy zwrócili się o radę, w jaki sposób dokonać wypadu do kwatery cesarskiej, przekonał ich jednak o niemożliwości porwania Bonapartego ze względu na silną i czujną obstawę pałacu. Była to jedna z licznych i nieudanych prób zamachu na Korsykanina. Dlatego też całkiem możliwe było natknięcie się Słubickiego na kozaków, na Oberlandzkiej Route 66, w czasie jego kurierskiej służby wiosną 1807r. przy cesarzu.

Cytaty pochodzą z: Dał nam przykład Bonaparte. Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815, T. 1, Kraków 1984.

P.S.
Bardzo sugestywnie i obszernie, przedstawiona została też podróż kurierska płk Łączyńskiego, brata Marii Walewskiej, w towarzystwie mazurskiego chłopa, podążającego do Kamieńca, Oberlandzką Route 66, na trasie z Morąga do Zalewa, w powieści Wacława Gąsiorowskiego Pani Walewska. Fragmenty następnym razem.

SŁUBICKI Augustyn Józef Ludwik h. Prus I (1781-1833) generał brygady WP, uczestnik wojen napoleońskich, radca Izby Obrachunkowej, poseł na sejmy Król. Pol., senator-kasztelan.
W 1812 r. po klęsce Napoleona w wyprawie na Moskwę, otrzymał nominację na marszałka pospolitego ruszenia w departamencie bydgoskim i tymczasowy stopień generała brygady. Niebawem dołączył do armii cesarza i uzyskał zatwierdzenie stopni generalskiego. W 1813 r. zasłużył się w bitwach pod Lutzen, Budziszynem, Lipskiem i Hanau. Za ostatnia dostał Legię Honorową. Będąc dziedzicem znacznej fortuny (2 miasta, wiele wsi i folwarków, lasy) dał się poznać jako wzorowy gospodarz i jeden z pionierów pracy organicznej na Kujawach. Ze względu na cechy charakteru, poglądy polityczne i ekonomiczne oraz osobiste sukcesy gospodarcze, nie był człowiekiem lubianym. Wrogów miał zarówno sejmie, jak i gronie własnych sąsiadów. Przez któregoś z nich został zabity pałacu lubranieckim w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Więcej: http://www.rychwiccy.eu/index_pliki/Page818.htm

Herzogthum Warschau_1812.jpg
Karte vom Herzogthum Warschau, und den....., IV Sectionen, 1812
Plik ściągnięto 5277 raz(y) 91,05 KB

 
 
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Nie 21 Cze, 2009 15:58   

Ewingi jak zwykle nie zawodzi.
Jak tak dalej pójdzie to będziesz niedługo "zmuszony" do opublikowania ... książki pt "Oberlandzka "Route 66"
Ostatnio zmieniony przez mazur222 Nie 21 Cze, 2009 16:16, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 21 Cze, 2009 21:52   

Mazur222, nie prowokuj mnie! Chyba, że to żart. Już raz zachęciłeś mnie do napisania artykułu, co zabrało mi potem sporo czasu. Za karę Ci go wyślę, do sprawdzenia tłumaczeń z angielskiego. Ale - „Oberlandzka Route 66” może być nośnym hasłem w promocji regionu, a może nawet produktem turystycznym? Szczególnie na niepogodę, jak teraz. Pozdrawiam wszystkich Oberlanderów.
 
 
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Pon 22 Cze, 2009 14:03   

Nie ma sprawy. przyślij materiał. Moja żona i tak mnie rozwodzi bo zająłem się tłumaczeniem materiałów dot. rodziny von Thadden. Będzie taniej, tylko jeden rozwód
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Wto 23 Cze, 2009 23:41   

Sorry Mazur222! Poradziłem sobie i nie będę stwarzać Ci nowych problemów A propos żon. Co prawda poniższe zdanie dot. rozłamowej działalności wśród baptystów gajdzkich, ale w końcówce przywołana jest małżonka:
“Some were turned away by him from the way of life, and are now like the pillar of salt which was once Lots’wife.” Niemiecki idiom w angielskim wydaniu (oczywiście XIXw.).
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Sro 24 Cze, 2009 21:18   

Poniżej sfabularyzowana relacja z podróży Oberlandzką Route 66, niespodziewanie mianowanego płk Pawła Łączyńskiego, wiosną 1807r. Dziwił się, że doznał takiego zaszczytu, nie wiedząc jeszcze o romansie siostry Marii Walewskiej, z Napoleonem. Łączyński wyruszył, z Pomorza do cesarza, z raportem od gen. Henryka Dąbrowskiego mówiącym o kraju wyniszczonym wojną. Fragment pochodzi z powieści Wacława Gąsiorowskiego, Pani Walewska, napisanej w 1904r. Śródtytuły oraz wytłuszczenie nazw miejscowych - Ewingi.

„Ciężką miał podróż nowo mianowany pułkownik sztabu cesarskiego. Ciężką, bo kobyła, wyniszczona mocno, ustawała mu, tak że zsiadać musiał i milami prawie ciągnąć ją za sobą, bo dnie krótkie niewoliły do długich postojów, a zbrojne gromady włóczęgów nie pozwalały myśleć o puszczaniu się w drogę nocą. Co gorsze, na postojach ledwie że nie na wagę złota mógł Łączyński wyprosić dla siebie łyżkę najnikczemniejszej strawy, a dla kobyły garść słomy wydrzeć z poszycia chaty. Na domiar po razy kilka musiał uchodzić przed napastnikami, którzy, choć sami często francuskie uniformy nosili, ani myśleli zważać na pułkownikowskie epolety Łączyńskiego, a raczej tym większą zdradzali ochotę do grabieży, spodziewając się nie lada łupu.
Z tych przyczyn Łączyński już w Malborgu odpiął epolety i między mantelzaki w furaższnury je wcisnął.

W Miłakowie żywego ducha nie było

Gdy na koniec na trzeci dzień podróży, około południa, ujrzał Łączyński rysującą się w dali gromadę domostw Liebstadtu [Miłakowa], odetchnął lżej i poweselał…
W Liebstadcie atoli spotkał Łączyńskiego zawód, bo krom batalionu piechoty, wypoczywającej na legowisku niedawnym głównej kwatery, żywego ducha w całym miasteczku nie było.
Łączyński opowiedział się do dowódcy batalionu, a wytłumaczywszy się łamaną francuszczyzną, skąd i z czym przybywał, został przezeń powiadomiony o wyciągnięciu głównej kwatery do Ostródu.
Pułkownik bez namysłu chciał ruszać dalej, lecz uprzejmy Francuz zatrzymał go przemocą niemal, ugościł obficie, a dopiero gdy Łączyński i kobyła jego dobrze się pokrzepili, na rozstanie się zgodził…
Zastanowiła nieco Łączyńskiego ta wyszukana grzeczność Francuza…

Karczmarz w Morągu poleca przewodnika do Zalewa

Mrok już zapadał, gdy Łączyński wyjeżdżał z Liebstadtu. Lecz pułkownikowi ani w głowie było dnia czekać. Drogę miał jak strzelił na Morąg i Miłomłyn do samego Ostródu, a i konia dobrze podkarmionego, i raptem osiem mil z niewielkim okładem. Nadto bliskość głównej kwatery zapewniała spokój w drodze tym więcej, że jak Francuz w Liebstadcie zapewniał, już od Gudstadtu [Dobrego Miasta] począwszy, ciągną się leża zimowe wielkiej armii, a żandarmeria polowa aż do Elbląga samego patroluje.
Jakoż do Morągu dojechał Łączyński jednym tchem prawie, a stamtąd, po krótkim wypoczynku, przynająwszy sobie na postoju przewodnika, już stępa ku Saalfeld [Zalewu] wyciągnął.
Przewodnik, wielki barczysty chłop w baraniej czapie na oczy nasuniętej, czegoś się mocno pułkownikowi nie podobał. Lecz wyboru nie było, a o odbywaniu dalszej podróży samemu myśleć nie mógł, ile że śnieg szerokimi płatami jął pokrywać czarne koleje gościńca i drogę przed nie znającym okolicy białymi całunami osłaniać…
Karczmarz w Morągu powiedział pułkownikowi, że ma pod ręką człeka, który za pół talarka pruskiego gotów aż do Saalfeldu go przeprowadzić. Łączyński zgodził się bez wahania i ledwie że z przewodnikiem swoim oko w oko się spotkał, gdy konia dosiadał.
Przewodnik z miejsca naprzód się wysunął i tak zamaszyście, że kobyła pułkownika musiała iść żwawego stępa, aby za chłopem nadążyć.


Mazurski przewodnik

Godzinę blisko wlókł się Łączyński za przewodnikiem wśród głuszy nocnej i śniegiem zaścielonej równi, podziwiając w duchu sprawność, z jaką przewodnik gramolił się z zasp, a daremnie szukając okazji zagadania. Przewodnik na chwilę nie ustawał, parł naprzód, potykał się, upadał, a mimo to ani razu nie dał kobyle zrównać się z sobą. Wreszcie snadź siły go opadły, bo przystanął raptownie, na kosturze się wsparł i rękawem kożucha czoło spocone jął ocierać.
Łączyński najechał na przewodnika. Chłop czapkę poprawił i mruknął pod nosem:
— Za tyła śtreki [drogi] licho talar sztymuje!
— Zobaczymy, może będzie i cały, jak się sprawisz.
— A może i dziesięć?
— Jakże to?
— Nijak — bąknął chłop i ruszył naprzód.
Łączyński nacisnął kobyłę, nie chcąc przerywać nawiązanej rozmowy.
— Wyście skąd?
— Od Jansborku [Pisz].
— Polak?
Chłop dźwignął ramionami.
— Od Jansborku, co je nade Spirdingiem. Przy Pisku…
— To chyba na Mazurach? — dodał po chwili, a nie doczekawszy się odpowiedzi, zagadnął wprost: — A z Morągu do Saalfeldu, ile mil naprawdę?
— Niby z Morugi do Zelwałdu?
— U was każda wieś ma dwie nazwy.
— Niech ma!
— Więc ile mil?
— Francuz nie zajdzie.
— Nie lubicie Francuzów? Chłop zębami zgrzytnął.
— Morowego nie ma na psiarstwo!
— Także wam dokuczyli?
— Dokuczyli! Chałupę mi obsiedli, łyżki żuru nie zostawili, gadzinę wyszlachtowali, zmajdrowali obejście, że koła w płocie nie masz! Węborek cały nie ostał! A bo mnie tylko, cały becyrk na dziady poszedł!
— Wojna.
— My se tak pedamy — bąknął chłop i roześmiał się dziko.
— A wojna minie, to dla wszystkich nas lepsze nastaną czasy.
— Jak cię nie zeżre!...
— Może wy do Francuzów? Co?
Łączyński na to zapytanie, wymówione z jakimś złowrogim warknięciem, spojrzał niepewnie ku barczystej postaci chłopa i odrzekł wymijająco.
— Toć widzisz przecież, żem swojak!
— Ta może, chocia mi się zdało! Bo i po co wam do Zelwałdu? Francuzów tam jak mrowia! A i sam Naparty pod Miłomłynem wachtuje....

Hans z nad jeziorka

Chłop przystanął, rozejrzał się po przepastnej, białej równi i ozwał się po namyśle:
— Od tej wierzbiny zrychtujemy się na prawo. Trza winklować!
— Przecież droga do Saalfeldu jak kamieniem rzucił! Chłop zęby wyszczerzył.
— Pewnie, tylko że teraz idziemy nie jak wam potrza.
— Zbłądziliście może?
— Gdzie zaś. W zajeździe tylko pedali, żeście Francuz, tedy was chciałem do Hansa, na jeziorko, wycyganić.
— Do jakiego Hansa?
— Ano bo tam wszystkich Francuzów prowadzamy. Sklep jest tęgi. Bez łeb kijem, a potem już sam skiśnie, psiawiara!
Łączyńskiego dreszcz przeszedł.
— Mordujecie?
— Kto by się zaś męczył! Sami się mordują! Co z nimi robić? Amtowy pięć talarków obiecał za każdego Francuza od Napartego! I bez obiecanki samemu pożywić się można, i własnej krzywdy choć trochę odebrać.
— Lecz niech wykryją, powieszą bez pardonu!
— Niech sobie. Wieszają i tak.
Łączyńskiemu ręka drgnęła. Bezwiednie prawie za pazuchę sięgnął i za ukryty pistolet ujął, lecz równocześnie przyszło mu na myśl, że na tym pustkowiu wpaść jeno może w ręce gorszych rabusiów. Zdarł więc nieco konia w tył, aby przewodnika mieć przed sobą i oka zeń nie spuszczać…
Chłop tymczasem nie zauważył alteracji pułkownika i rozgadał się na dobre.
— Kogo nie chcieć, powieszą. Niby to dobrym słowem pytają, a czy nie szły regimenty, ile śtreki do Dzierżwałdu, a ile do Kuczborka, a potem na wierzbinę! Obaczysz szpicę taką, to zbieraj nogi, bo się stryka dogadasz! Tfy! Będzie temu dwa dni, jechał ci jeden francuski jegier od Bransberku [Braniewa] był, chocia i po ludzku śprechował. Ale już ci przestał! Sam chciał, żeby go prowadzić.
— Cóżeście mu uczynili?
— Nic. Hans go sobie wziął, a mnie, aby torbę oddał. Niewiele znalazłem. Tynfów pięć po złotku rachować i cztery dydki po trojaku, razem talara nie było. Ale co papierzysków, cała torba! Hans czytał i nic nie wyspekulował, francuskie pisanie. Tedy w Zelwałdzie myślę winkielszrejberowi pokazać — niech obaczy, może się amtowemu zda.
— Macie je ze sobą?
Chłop uderzył się po kożuchu.
— Co nie mam mieć! A możeście wy znający? Bo winkiel-szrejber to szacher. Memu kumowi za papiery, co sam Naparty sztukował, dwa półzłotki dał, a amtowemu za pięć talarków odprzedał.
— A gdzież wasz amtowy?
— Wszędzie gdzie potrza, tam się najdzie. Francuzy dokazują, a amtowi siedzą sobie i swoje robią. Prawo każe amtowego słuchać...

Papiery zamordowanego kuriera

Pułkownik, już nie słuchając prawie wynurzeń chłopa, przemyśliwał nad tym, jakby odeń wydostać papiery, których posiadaniem się chwalił. Bo że je chłop miał, o tym pułkownik nie wątpił, bo raz po raz dochodziły słuchy o zaginieniu kurierów i ordynansów, a sztab odebrał coś ze trzy napomnienia, by na gońców co dzielniejszych a sprawniejszych ludzi wybierał, a nawet gońcom zalecał zgoła ukrywanie się. Jużci zapewnienie chłopa, że papiery miały zawierać pismo króla Fryderyka do Napoleona, było samo przez się nieprawdopodobne, niemniej, bez wątpienia, papiery musiały być nie lada wagi, jeżeli umyślny je wiózł wysłaniec, a nie szły razem z pociągiem wojskowym. Siak czy owak papiery sztabu francuskiego nie powinny były dostać się w ręce Prusaków. W każdej innej okoliczności Łączyński nie zawahałby się strzelić w łeb takiemu przewodnikowi, tu jednak był sam na jego łasce i niełasce, bardziej bowiem niż chłopa musiał strzec się zabłądzenia. Rozsądek nakazywał czekać okazji i pozoru nie dawać.
Przewodnik znał drogę wybornie. Kluczył, wymijał rysujące się bezkształtnie kontury chat, po dwakroć wskazał ze śmiechem Łączyńskiemu na śniegiem przyprószone a stężałe na mrozie ciała wisielców, raz rzucił się gwałtownie w bok ku zaroślom i tym zniewoliwszy pułkownika do długiego postoju, zapewnił go w końcu, że dojrzał z dala oddział kawalerii francuskiej. Tą wiadomością tak się ucieszył Łączyński, że aż podejrzenie chłopa obudził.
— A wy co myślicie w Zelwałdzie?
— Mam sprawę.
— A z kim? Tam z naszych nikogo pewnie?
— Ja też do familii na Kurpie.
— Na Kurpie? Hm. Kto was wie. Dacie sobie radę w Zelwałdzie, przychwycą do śprechowania — nacierał przewodnik.
Łączyński, przyciśnięty do muru, skleił na poczekaniu opowieść, że sam z niewoli od Francuzów ucieka, lecz ich mowę zna, więc dogada się i w pole wyprowadzi każdego. Bodaj ich zaraz naszli, to byle on pozoru nie dawał, to ich nic złego nie spotka.
Chłop potrząsnął niedowierzająco głową.
— Pedasz, wasan, bo ich nie znasz. Wasza skóra nie moja, tylko do Zelwałdu sami se wjedziecie.
— A wy co?
— Ja tam pójdę, gdzie mi trza — odparł chłop i umilkł. Łączyński się stropił. Wiadomość, że chłop chce mu umknąć, zanim w Zelwałdzie mógłby napotkać jakiś oddział francuski, nie pozwalała spodziewać się odebrania mu papierów. Wprawdzie był na to krótki sposób: miast talara pistolet wyciągnąć i trupem położyć chłopa, lecz pułkownika skrupuły zdjęły. Rabuś to był, wróg śmiertelny, gorszy od otwartego nieprzyjaciela, ale zawsze swojak…


Patrol francuski na wachcie pod Zalewem


Gdy pułkownik tak się głowił nad wynalezieniem sposobu zawładnięcia papierami, chłop przystanął raptownie i ręką na dal wskazał.
— Widzicie ten zagajnik, za nim Zelwałd prosto.
— Z godzinę drogi?
— Może i lepiej, tylko...
— Tylko co?
Kto ich wie, psiawiarów, może się tam i czają! Francuzi myślicie? — dodał Łączyński, ledwie kryjąc ukontentowanie.
— Pewnie. A jeżeli nie Francuzy, to także niesporo — zanim wyśprechujesz, mogą zadławić.
— Jakże więc?
— Nic aby, wasan, jakby przyszło, niech z konia i za mną, w bok! A za zagajnikiem to i tak was puszczę. Sami traficie. Niebo się cknie na brzask, chmurzyska już posiniały. Widzi mi się. Kiedy siedzą w Zelwałdzie, rychtyk wachtują w zagajniku, żeby kozak nie zajrzał im po omacku. A patrzcie no od się! Furgony! Furgony! Wlecze się ich co niemiara!
Łączyński spojrzał w stronę wskazaną przez chłopa, gdy w tej samej chwili padł w dali strzał karabinowy, na który odpowiedziało natychmiast kilkanaście innych.
— Utarczka się zaczyna!
Chłop przystanął, przeczekał chwilę, a gdy strzały się nie powtarzały, mruknął szyderczo:
— Pukają dla postrachu! Trza wziąć mocniej k'sobie! Byle wasan z konia zdążył albo lepiej od razu zsiąść, piechtą przykrzej, lecz bezpieczniej.
— Zostanę jeszcze, chyba że wypadnie.
— Wola wasza. Ale mój talarek, teraz kto wie! Potem was nie znajdę.
Łączyński sięgnął pod płaszcz, do kieszeni i rzucił pieniądz chłopu, ten złapał go w powietrzu.
— Wasan po ludzku, to i ja po ludzku. Trza śmigać do zagajnika. Konia pilnujcie, bo oparzeliska.
Przewodnik wprost na zaspę skręcił, zakotłował się w śniegu i jął pomykać polem tak zręcznie, że pułkownik ledwie mógł mu dotrzymać na potykającej się o bruzdy i przegony kobyle.
Pod zagajnikiem chłop zwolnił chodu i do konia znów się przybliżył.
— Aby przez ten zagajnik przeprowadzę. Kusy, a nie zmiarkowalibyście śtreki, bo się kręci jak opętany! A potem już sami jedźcie i spekulujcie, bo jak ze mną, to na piechtę i gdzie się da.
Łączyński w milczeniu przyjął tę zapowiedź, sam nie wiedząc, jakby lepiej było, bo jeżeli w Zelwałdzie ma być na łasce maruderów, to bezpieczniej z chłopem, a jeżeli Francuzi go zajmą, to szkoda konia, a bardziej papierów.

Pod eskortą

W zagajniku głusza powitała pułkownika.
— Pusto — szepnął Łączyński.
— Kto go wie — odrzekł chłop i jął nadsłuchiwać, wreszcie ruszył po namyśle naprzód, rozchylając przed koniem zarośla. Naraz o kilkanaście kroków przed chłopem zarysował się cień człowieka. Chłop skulił się, przytrzymał konia za uzdę i przestrzegł cicho:
— Są! Z konia i za mną!
Pułkownik chciał spełnić rozkaz i już pochylił się do zsiadania, gdy wtem z tyłu rozległo się gromkie a znane Łączyńskiemu zawołanie:
— Qui vive [Kto tam]!?
— W nogi! — bąknął chłop. — W kocioł nas biorą! Łączyński chwycił go za ramię.
— Właź na siodło! Żywo! Umkniemy! Moja głowa! Właź! Chłop, silnie trzymany przez pułkownika, stracił rezon.
— Qui vive! — rozległo się powtórne zapytanie groźniejsze.
— Les amis [Przyjaciele] — odpowiedział Łączyński.
— Nous allons voir! Ne bougez pas [Zaraz zobaczymy, nie ruszajcie się]! — rozkazał surowo ten sam głos.
— Puszczajcie! — mruczał chłop.
— Głupiś! Dam sobie radę!
Chłop zaparł się, aby ujść z uchwytu Łączyńskiego, lecz było za późno. Sześciu ludzi otoczyło go, sześciu innych dopadło pułkownika.
— Wy skąd, dokąd! — zaczął badać po francusku niecierpliwie jeden z cieniów.
— Pułkownik sztabu jego cesarskiej mości!
— Co, jak?!
— Prowadźcie mnie do dowódcy oddziału! Wszak żandarmeria polowa?
— Tak! Ale bo pan pułkownik daruje. Noc. Eskortować musimy.
— Tego właśnie chcę. Ale i proszę, abyście mego towarzysza mieli na oku, bo gotów umknąć.
Prowadzący patrol na to niespodziewane zakończenie wzruszył ramionami.
Ani tamten, ani ten. Bez hasła na kordonie nie ma oficera, choćby pan był marszałkiem, pójdziesz pod konwojem, jak i tamten! Proszę z konia!
Łączyński bez namysłu zsiadł z konia i stanął obok chłopa między żołnierzami.
Ruszono natychmiast…
— Oddaj mi te papiery! Prędzej, póki jesteśmy w zagajniku!
— Toć wasana wtedy...
— Dawaj, prędzej! — nalegał pułkownik. — Mój kłopot! Umiem z nimi!
Chłop wzdragał się rozumiejąc, iż towarzysz niechybnie stryk zakłada sobie na szyję, lecz w końcu ustąpił, dobył spod kożucha zwój papierów i wsunął go nieznacznie do ręki Łączyńskiego…

Na kwaterze u gen. Herve w Zalewie

Pułkownik nadto był tak zadowolony z pomyślnego dlań obrotu wyprawy i ze spotkania z patrolem, który go do Saalfeldu wiódł i dał mu sposobność odebrania chłopu papierów, że nawet do przesadzonej służbistości oficera urazy nie żywił.
Po godzinie męczącej drogi konwój zatrzymał się przy pierwszej warcie obozującego tu regimentu strzelców, oddał więźniów, a sam cofnął się ku zagajnikowi. Więźniów otoczył nowy konwój, przeprowadził przez obóz i oddał z kolei warcie następnej. Podróż taka była nużąca, bo oddawanie i przyjmowanie więźniów miało aryngę raportów i komend, co zajmowało wiele czasu, tak że już się na dobre rozwidniło, gdy Łączyński z przewodnikiem znaleźli się w Saalfeldzie. Tu atoli po krótkich indagacjach, które wobec nałożonych przez imć pana Pawła epoletów miały raczej charakter prezentacji i wojskowych honorów, pułkownik został wezwany do kwaterującego w Saalfeldzie szefa sztabu trzeciego korpusu armii, generała Herve.
Łączyński nie bez pomieszania przestępował próg generalskiej kwatery takiego potentata w armii, jak Herve, szefa sztabu Davouta, lecz uprzejme, koleżeńskie prawie powitanie generała rozproszyło onieśmielenie…”

PS

W Zalewie pułkownik dał chłopu przepustkę oraz drugi talar na drogę. Przejęte od Mazura dokumenty, w dwuznacznym świetle stawiały Napoleona wobec sprawy polskiej. Szczęście pułkownika prysnęło, kiedy spotkał w Ostródzie służącego Walewskich, od którego dowiedział się, że jego siostra przebywa razem z Napoleonem. Spotkanie rodzeństwa w Kamieńcu odbyło się w atmosferze pretensji pułkownika i tłumaczeń Marysieńki. Łączyński zerwał pułkownikowskie epolety i kazał oddać je cesarzowi. Parę godzin później pułkownik usiłował popełnić samobójstwo, strzelając sobie w głowę.

PS 2
Oczywiście powyższy fragment powieści i zakończenie w post scriptum są fikcją literacką. Walewska miała 2 braci. Ale żaden z nich nie próbował samobójstwa na wieść o związku siostry z cesarzem i żaden nie został wynagrodzony raptownym awansem. Płk Łączyński mianowany oficerem sztabu marsz. Berthier, osobiście odwiózł siostrę do kwatery cesarskiej w Finkenstein (Kamieńcu). Niemniej uderza skrupulatne dbanie przez autora powieści o zachowanie realiów geograficznych historycznych.

Marysia z bratem.jpg
Po kilku latach płk Paweł Łączyński przebaczył wreszcie ukochanej siostrze. Foto z filmu "Pani Walewska"
(W. Gliński i B. Tyszkiewicz)
Plik ściągnięto 5191 raz(y) 45,12 KB

 
 
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Nie 28 Cze, 2009 23:36   

Mówiąc o kurierach. Pewnie wielu z was interesujących się epoką napoleońską zna osobę sir Roberta Wilsona.
Ambasador czyli i szpieg, który w kampani roku 1807 wędrował ze sztabem generała Benigsena .
W swojej książce pisze on o kurierach francuskich:
In Bernadotte's baggage, takeu at Mohrungeu, were found curious proofs of the arrangement for stage effect and false intelligence, made by all the officers of the French army, from the Emperor downwards. Au order was there found, giving the most minute directions for the reception of Napoleon at Warsaw, with all the stations and crossings where ' Vive I'Empereur!' was to be shouted; and official despatches of all the actions of the campaign in which Bernadotte had been engaged, for publication, and private despatches giving the facts as they really occurred, for the Emperor's secret perusal. These papers are still in the possession of General Benningsen's family."— WILSON'S Polish Campaign, 8i5—Note.

“W bagażu Bernadotte zagarniętym w Morągu znaleziono dziwaczne dowody rozporządzeń dla (osiągniecia) efektów teatralnych i fałszywe informacje sporządzone przez oficerów armii francuskiej, zaczynając od Napoleona i niżej.
Znaleziono tam pewien rozkaz dający bardzo dokładną instrukcję na okoliczność wydania przyjęcia dla Napoleona w Warszawie z zaznaczonymi miejscami gdzie (gdy Napoleon będzie przechodził) “Vive l Empereu” miało być wykszyknięte. oraz oficjalne rozkazy dzienne dla wszystkich akcji kampanii, w których Bernardotte brał udział, wszystkie rozkazy te oficjalne i te prywatne dla Napoleona prywatnej korespondencji.
Te papiery są ciągle w posiadaniu rodziny generała Beningsena”

Moje tłumaczenie jest może kulawe ale Wilson napisał też jakoś to dziwnie.
Jest to wzięte z książki Wilsona „Polska Kampania", nota nr 815

To wszystko umieściłem jakiś czas temu w jednam z wątków na" Sercu Mazur".
Chodziło o to, że kurierzy mieli przy sobie "fałszyfki"
Sir Robert Wilson przybył z Królewca przez Pasłęk do Morąga tuż po bitwie. W liście do swego szefa opisał on bitwę raczej ogólnie i bardzie korzystniej dla Rosjan.
Są też dzienniki pisane przez niego w czasie kampanii 1807.
Niektóre pisane z trasy oberlandzej 66. Trzeba przetłumaczyć i umieścić - to pewne.
Ostatnio zmieniony przez mazur222 Nie 28 Cze, 2009 23:38, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
mazur222 

Pomógł: 1 raz
Wysłany: Pon 29 Cze, 2009 13:16   

Zapomniałem wkleić portret generała sir Roberta Wilsona, który podążał "Oberlandzą 66"" w roku 1807.

Sir_Robert_Thomas_Wilson.jpg
Plik ściągnięto 5148 raz(y) 33,26 KB

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group