Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"


Poprzedni temat «» Następny temat
Ostatnia mennonitka na Pomorzu
Autor Wiadomość
Gdańszczanka 
Zwiedzacz


Wysłany: Pią 06 Mar, 2009 13:35   Ostatnia mennonitka na Pomorzu

http://miasta.gazeta.pl/t...ias=2&startsz=x

Cytat:
Ostatnia mennonitka na Pomorzu
Rozmawiała Aleksandra Kozłowska
2009-03-06, ostatnia aktualizacja 2009-03-06 11:09
Ksiądz pisał do Rzymu o pozwolenie na udzielenie ślubu mennonitce i katolikowi. No i papież odpisał, że się zgadza. Daliśmy więc na zapowiedzi i 14 listopada 1948 r. sobie ślubowaliśmy - opowiada Krystyna Weilandt
Elbląg, podniszczona kamienica z widokiem na zaniedbane ogródki. Wśród suchych chaszczy wyróżnia się smukła brzoza.
- To ja ją posadziłam. Rośnie nam pięknie od lat - mówi Krystyna Weilandt, gdy wyglądamy z okna jej kuchenki. - A tam zaraz po lewej, na Warszawskiej widać kościół. Mój pradziad go zaprojektował.
Pradziadek był mennonitą, mówił po niemiecku. Ona zresztą też. Dopóki się nie zakochała - wtedy przeszła na katolicyzm, nauczyła się polskiego i w przeciwieństwie do reszty swojej rodziny została w Polsce.
Pokój gościnny tonie w szydełkowych serwetkach. Na ścianach gęsto od zdjęć, obrazków, wśród nich herb rodziny Wiehler.
- Przyjechali z Holandii. Polacy ich tu przyjęli. Rodzice o nich dużo nie opowiadali, choć to nasze dziady-pradziady - mówi pani Krystyna.
Bo my Niemcami byliśmy
Aleksandra Kozłowska: Dla ukochanego zmieniła pani wiarę. Trudno było?
Krystyna Weilandt: Nie. Jak się człowiek zakocha, to wszystko gotów jest zrobić. A on przystojny był, miły, rozmowny. Na imię miał Leonard. Jego urodziny były 6 listopada, a 14 listopada mieliśmy rocznicę ślubu. W zeszłym roku byłoby 56 lat. Ale on już nie żyje.
Poznaliście się państwo, tu w Elblągu?
- Nie. Och, to jest cała wielka historia. Ja jestem urodzona w Elblągu, w 1923 roku, ale moi rodzice mieli gospodarstwo w Markusach, 17 km za Elblągiem. No i jak 24 stycznia 1945 r. front się zbliżał, to wszyscy pouciekali z Markus. Myśmy też wyjechali. Schowaliśmy się koło Słupska, bo Ruski już kocioł zamknęli i koniec był. Mojego ojca zabrali i już więcej nie wrócił. Całą wojnę przeżył i dopiero Ruski go nam odebrali. A mój starszy brat na Węgrzech leży pochowany, na wojskowym cmentarzu. On był w Grecji w niemieckim wojsku. Bo my Niemcami byliśmy.
A teraz?
- Teraz Polką jestem. Po wojnie przeszłam na katolicyzm, wyszłam za Polaka, przy dzieciakach, jak zaczęły chodzić do szkoły nauczyłam się po polsku mówić. Bo wcześniej ani słowa nie umiałam... Ale nie tak od razu. Najpierw, zaraz po wojnie szukaliśmy za pracą, inaczej człowiek by z głodu umarł.
A w gospodarstwie w Markusach nie mogliście znowu mieszkać?
- Nie. Tam nic nie zostało. Bo tam była ruska komendantura i oni wszystko pozabierali: kartofle, bydło, świnie. Wszystko co było, poszło precz. No więc z siostrami, drugą mamą i dwoma małymi braćmi szukałam pracy. Miałam wtedy 21 lat. Pojechaliśmy do Szaleńca. Tam poznałam męża, Leonarda znaczy się, on tam też do pracy przyjechał. Z Czerska pochodził. Przystojny chłopak z niego był, uprzejmy. Zabrał mnie do przyszłych teściów do Czerska, żeby mnie przedstawić. Stamtąd pojechaliśmy do Elżbietowa. To był taki majątek, gdzie dostałam pracę w kuchni. Gotowałam obiady dla pracowników sezonowych, ponad dziesięć osób ich było. Mieszkaliśmy w roboczym domu. Jedna kobieta za każdym razem jak mnie widziała, syczała: "niemiecka świnia, niemiecka świnia". Nie wiedziałam co to znaczy, bo nie znałam polskiego, ale zapytałam zarządcę. I wtedy on porozmawiał z tamtą kobietą i więcej już tak do mnie nie mówiła. Później chcieliśmy z Leonardem ślub brać, ale co z tego - ja byłam mennonitką, on był katolik.
Mąż nie mógł przejść na mennonityzm?
- A skąd! Wtedy to już nikt z moich krewnych tu nie został, z kim byśmy tu byli? Zresztą wszyscy tutejsi mennonici powyjeżdżali: do Danii, Ameryki, Kanady, Australii, nawet do Urugwaju - dzwonili do mnie stamtąd w zeszłym roku, na 85. urodziny. Jeden kuzyn w Ugandzie działa, pomaga biednym. A rok temu dostałam nagle list z Kanady. To kuzyn Udo napisał, a widzieliśmy się ostatnio, kiedy miał siedem lat!
To jak udało się pani wziąć ślub?
- Musiałam przejść na katolicyzm. Pół roku na nauki chodziłam do Debrzna, dwa razy w tygodniu, cztery kilometry leśną drogą. Na naukach były modlitwy i w ogóle wszystko. Ksiądz potem pisał do Rzymu, do papieża o pozwolenie na udzielenie ślubu mennonitce i katolikowi. No i papież napisał, że się zgadza. Leonarda rodzina też nic nie miała przeciwko. Daliśmy więc na zapowiedzi i 14 listopada w Debrznie w 1948 sobie ślubowaliśmy. Byłam ubrana w białą suknię, kwiaty, welon Jak to do ślubu trzeba. Ale ślubu cywilnego nie mogliśmy dostać, nie miałam obywatelstwa polskiego. Pomogła mi taka znajoma, pani Wiśniewska, która perfekt umiała po niemiecku i potłumaczyła dokumenty. Po roku w Chojnicach dostałam to obywatelstwo, a w Czersku wzięliśmy ślub cywilny. I tam mieszkaliśmy do 1951 roku. Potem przeprowadziliśmy się do Elbląga.
Nie tęskniła pani za swoją wiarą?
- Zawsze trochę tęskniłam. Zawsze też byłam przeciwna temu, że w tej wierze trzeba chodzić do księdza i się spowiadać. Ksiądz też przecież grzeszy i on ma dawać mi rozgrzeszenie? Od tego jest Bóg, który zna wszystkie moje winy.
U mennonitów lejce złotem wykańczane
Brakowało pani Markus?
- No pewnie. 21 lat tam mieszkałam. Przed wojną w wiosce gospodarze to przeważnie sami mennonici byli. Chodziliśmy do kościoła w miejscowości Jezioro - pieszo albo bryczką jechaliśmy, albo na rowerach. Rodzice w tym kościele brali ślub. Dawał go im mój dziadek, Rudolf Wiehler. Był pastorem u mennonitów w Markusach, miał czternaścioro dzieci. Podczas ślubu, jak ręce składał na błogosławieństwo to zawału dostał. I za cztery dni zmarł. Po wojnie Polacy z tego kościoła zrobili magazyn zbożowy.
Nabożeństwa mennonickie były tylko w niedzielę, bo pastor też gospodarstwo miał, musiał pracować. Komunię też przyjmowaliśmy, wino było w kieliszku. Komunię tylko dwa razy do roku: na Zielone Świątki i na Wszystkich Świętych. W tym samym kościele ja się ochrzciłam, bo mennonici chrzczą się jako dorośli, i bez świadków, na własną odpowiedzialność. Rodzice imię tylko wybierają. Dali mi Krystyna, a właściwie po niemiecku to Krysta. 14 lat miałam, jak się ochrzciłam.
Jak wyglądało życie w Markusach?
- Przed wojną każdy miał gospodarstwo. Domy piękne były, każdy miał bydło, gęsi, pole. My mieliśmy szesnaście dojnych krów. Szkoła była i "dom ogrodowy" - kiedy rodzice oddali synowi gospodarstwo, to sami szli mieszkać do tego właśnie budynku. Mieliśmy bryczkę na co dzień, bryczkę na niedzielę, do tego lejce pięknie złotem wykańczane. Ojciec w kapeluszu jeździł. I była też kryta kareta. Nie każda rodzina tak miała, tylko ci najbardziej pracowici (śmiech). A z naszym domem to taka historia była: W gościnnym pokoju, tak jak to w tych dawniejszych budynkach bywało, nad drzwiami taki pasek z tapety był farbą pociągnięty. I kiedyś ojcu coś do głowy strzeliło i zaczął w nim grzebać. A matka: "Nie rób, bo wszystko zepsujesz". Ale on nie dał spokoju i jak później chwycił to cały ten pasek wyciągnął. Patrzymy a na drewnie wyrzeźbiony napis po niemiecku: Budowniczy Franz von Riesen i jego żona. Żeby Pan Bóg ich wynagradzał w duszy i w ogóle. A wszystkie literki tak ładnie wyrzeźbione. A dom pobudowali w 1775 roku!
Miałam dziesięć lat, gdy tata drugi raz się żenił, moja mama zmarła w wieku 42 lat. Pochowana jest na cmentarzu mennonickim Agrykola w Elblągu, mój dziadek go zakładał. Ale teraz nic z niego nie zostało, nawet nagrobki się nie zachowały. Po wojnie trawa tam rosła, krowy się pasły...
Tata i druga mama ślub brali w mennonickim kościele w Malborku. Ale jakie wesele było! Wieczorem o godzinie 12 teatrzyk odgrywaliśmy, a ciotka nasza Lidia, można powiedzieć, że była to taka poetka, teksty do tego teatrzyku napisała. No i my, dzieci byliśmy przebrani jako krasnoludki: Puki, Schnuki i Luki. Dzieci zrobiły teatrzyk na ślubie taty. I to pod lampionami! Coś pięknego!
Jak przeżyliście wojnę?
- Pracowaliśmy do końca. Mennonici nie używają broni i nie chodzą na wojnę. Choć pod koniec, jednego z braci, Rudolfa wzięli do wojska, to ten co na Węgrzech, blisko granicy jugosłowiańskiej jest pochowany.
Jest pani szczęśliwa?
- Tak. Teściowie byli dla mnie bardzo mili i dzieci mam dobre: cztery córki i czterech synów. Jeden syn kawaler ze mną mieszka, ale opiekują się wszystkie.
Jaki dzień był w pani życiu najważniejszy? Taki, który najbardziej pani pamięta?
- Spotkanie w prezydium, tu w Elblągu. Na zjeździe rodziny Wiehlerów.
Opowieść córki: skromność, posłuszeństwo, praca
Podczas rozmowy panią Krystynę odwiedza jej córka - także Krystyna. Przynosi zakupy i gazety.
A pani od dzieciństwa wiedziała, że wywodzi się z mennonickiej rodziny?
Krystyna Zarzędska: Nie. Urodziłam się sześć lat po wojnie, a do tego mama późno zaczęła nam o tym mówić. O mennonitach, rodzinie Wiehler wiemy z książek, w Niemczech są wydawane i mama je ma. Co pięć lat organizowane są spotkania rodziny Wiehler, w 2005 było w Elblągu. W czasie tego spotkania mennonici podarowali muzeum w Elblągu oryginał swego katechizmu wydrukowanego w 1837 roku i kronikę rodziny Wiehlerów. 400 lat naszej historii! W przyszłym roku taki zjazd będzie w Kanadzie.
Pewne zasady swojego wychowania mama od początku nam wpajała: skromność, posłuszeństwo, praca. Byliśmy nauczeni pracy. W domu każda z nas, czterech córek - no, bo to córki najbardziej były gonione do pracy domowej - miała swoje zadanie, na przykład wycieranie kurzu, a było z czego: zawsze mieliśmy dużo obrazków: zdjęcia rodzinne, i inne. No i posłuszeństwo - wtedy nie było tak jak dzisiaj, że rodzic coś pięćdziesiąt razy dziecku powtarza. Rodzic powiedział raz i trzeba było to zrobić. Nie można było też ukroić kromki, dopóki nie zrobiło się znaku krzyża na chlebie. A jak kromka chleba spadła, trzeba ją było podnieść zaraz i pocałować. Przed każdym posiłkiem i po posiłku była modlitwa, od stołu się dopiero wtedy się odchodziło, gdy wszyscy zjedli. O oglądaniu telewizji w czasie obiadu mowy nie było. Potem sama, we własnej rodzinie też ten zwyczaj przejęłam, ale dzieci dorosły, każdy jadł szybko, albo o różnych porach i się skończyło. Choć dzisiaj uważam, że to wspaniałe. To jednoczy rodzinę.
Krystyna Weilandt: - Ta modlitwa po posiłku tak brzmiała: „Dziękujmy Panu za ten dar, co otrzymaliśmy i oby trwał on wiecznie”.
Krystyna Zarzędska: Pamiętam jak obchodziliśmy Boże Narodzenie. Na stole biedniutko, ale prezenty zawsze czekały. Mama sama je robiła: rękawiczki, szalik, takie rzeczy. Ale zanim ten prezent dostaliśmy, musieliśmy zaśpiewać piosenkę. Strasznie nie chciałam jej śpiewać, bo była po niemiecku: „O, Tannenbaum, o Tannenbaum ” Mama śpiewała ją w dzieciństwie i młodości, miała w ogóle piękny głos, w chórze była.
Krystyna Weilandt: Tak, moja rodzina była muzykalna: ciocia to na organach w mennonickim kościele na Oruni grała. A mój ojciec i dziadek bardzo ładnie śpiewali.
Krystyna Zarzędska: Tak, mama miała zdolności. Robiła dla nas przedstawienia: kukiełkowe, cieniowe, dzieciaki z całego bloku przychodziły... I bajki pięknie nam opowiadała. Z bratem oczywiście umieliśmy mówić po niemiecku. Ale dzieci w szkole, na podwórku bardzo nam dokuczały. To, co przeżyliśmy, trudno zapomnieć. Hakenkrojce nam mazali na tornistrach, wyzywali od hitlerowców. Jak mam mówiła żebyśmy po niemiecku rozmawiali, to myśmy na nią krzyczeli: „Ty do nas po niemiecku nie mów, bo my po hitlerowsku nie będziemy mówić!". I przestawaliśmy się do niej odzywać. To mama po niemiecku też już nie mówiła. Dzisiaj wiem, że o własnych korzeniach powinno się mówić, ale wtedy to ukrywaliśmy. Pamiętam jak w drugiej klasie siedziałam w ławce, nauczycielka usiadła naprzeciwko mnie, a poszłam wtedy do szkoły w nowym sweterku, który babcia przysłała mi z Niemiec. I nauczycielka tak mu się przygląda, przygląda i z taką wzgardą mówi: „O, nowy. Z Niemiec pewnie!" A później, w latach 80. jak wszyscy chcieli na Zachód wyjeżdżać i szukali na gwałt niemieckiego pochodzenia, to ciągle ktoś mamę prosił, żeby mu jedno, drugie pismo po niemiecku napisała. Ale ona sama, ani nikt z naszego rodzeństwa nie chciał do Niemiec jechać. I zostaliśmy.
_________________
...ze słońcem w kieszeni i chmurą gradową...
...i mściwym toporem krzyżackim....
Ostatnio zmieniony przez StormChaser Pią 06 Mar, 2009 20:03, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Leszek M. 

Wysłany: Pią 06 Mar, 2009 18:23   

Nawet nie wiedziałem,że u mnie na miedzy mieszkają tacy ciekawi ludzie!
_________________
Leszek M.
 
 
konto_usunięte
[Usunięty]

Wysłany: Pią 06 Mar, 2009 23:50   

Świetna historia napisana przez życie i miłość...
 
 
Hagedorn 
Administrator



Pomógł: 28 razy
Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 12:58   

wszystko mi się podoba, tylko ten tytuł mnie razi... na jakim "Pomorzu"???
jeśli już, to "Ostatnia mennonitka na Żuławach"!
_________________

 
 
Gdańszczanka 
Zwiedzacz


Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 15:06   

Mennonici nie tylko na Żuławach - to też Karwia.... i okolice Chełmna... i dalej "w dół mapy" (ale to już nie Pomorze...)
_________________
...ze słońcem w kieszeni i chmurą gradową...
...i mściwym toporem krzyżackim....
 
 
 
kolekcjoner 
Mistrz


Pomógł: 57 razy
Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 16:03   

Ciągle mi mało tych wspomnień, tego obrazu, tamtej Ziemi i Ludzi - ich słów ....
_________________
Witam Malborżanki i Malborżan!
 
 
Hagedorn 
Administrator



Pomógł: 28 razy
Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 16:32   

Gdańszczanka napisał/a:
Mennonici nie tylko na Żuławach - to też Karwia.... i okolice Chełmna... i dalej "w dół mapy" (ale to już nie Pomorze...)

ja wiem, nawet Kazuń pod Warszawą, ale ani tam nie jest Pomorze, ani Elbląg nie leży na Pomorzu, ech...
_________________

 
 
kolekcjoner 
Mistrz


Pomógł: 57 razy
Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 16:34   

Hagedorn napisał/a:
ani Elbląg nie leży na Pomorzu

Elbląg leży na Pomorzu Wschodnim :ok:
_________________
Witam Malborżanki i Malborżan!
 
 
Hagedorn 
Administrator



Pomógł: 28 razy
Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 16:41   

kolekcjoner napisał/a:
Elbląg leży na Pomorzu Wschodnim

chyba Lębork?
bo Elbląg leży w Prusach, ewentualnie na skraju Żuław, a jakby się już uparł to w warmińsko-mazurskim - ale nijak na żadnym Pomorzu... :mrgreen:
_________________

 
 
Gdańszczanka 
Zwiedzacz


Wysłany: Sob 07 Mar, 2009 16:41   

kolekcjoner napisał/a:
Ciągle mi mało tych wspomnień


bo nie są tłumaczone na polski...
jest ich dużo, ale niestety u nas wydawcy nie są zainteresowani :-/
_________________
...ze słońcem w kieszeni i chmurą gradową...
...i mściwym toporem krzyżackim....
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group