Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"

Chronimy Twoją prywatność
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w temacie o RODO


Poprzedni temat «» Następny temat
Skarby sztuki
Autor Wiadomość
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Nie 07 Gru, 2008 10:24   

Zdjęcie świątyni w Starym Mieście. Pochodzi ze strony http://jurczak.net.pl/www...nu/koscioly.htm

Kosciol_Stare Miasto.JPG
Plik ściągnięto 7528 raz(y) 115,18 KB

 
 
Kumkacz1 

Pomógł: 6 razy
Wysłany: Nie 07 Gru, 2008 11:27   

Kilka zdjęć z ubiegłego roku

0001.JPG
Od zachodu
Plik ściągnięto 7515 raz(y) 42,7 KB

_________________
Kumkacz1
 
 
Kumkacz1 

Pomógł: 6 razy
Wysłany: Nie 07 Gru, 2008 11:29   

Widok od wschodu, z drogi do Dzierzgonia i fragment ściany południowej

0003.JPG
Plik ściągnięto 7515 raz(y) 32,31 KB

0002.JPG
Plik ściągnięto 7516 raz(y) 46,26 KB

_________________
Kumkacz1
Ostatnio zmieniony przez Kumkacz1 Nie 07 Gru, 2008 11:31, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Pią 02 Sty, 2009 00:09   

W sylwestrowej Wyborczej Wojciech Pastuszka, w artykule Oddajcie nasze zabytki!, pisze o staraniach państw - prawowitych właścicieli skarbów sztuki, o odzyskanie swoich własności. Problem jest złożony, jednak jakieś rozwiązanie tego problemu jest niezbędne.


Sto lat temu zbiory muzeów w bogatych krajach Zachodu rosły jak na drożdżach. Przywożono do nich całe skrzynie zabytków pozostałych po cywilizacjach Egiptu, Mezopotamii, Grecji, Iranu czy prekolumbijskiej Ameryki. Czasami wywożono je za zgodą miejscowych władz, które nie zdawały sobie sprawy z tego, jak cenne skarby wypuszczają z rąk, czasami po prostu przemycano. Teraz wielkie muzea muszą bronić się przed coraz liczniejszymi żądaniami zwrotu zabytków.

Najnowszą odsłoną w walce dawnych centrów cywilizacji o zagrabioną historię jest pozew złożony w grudniu przez Peru przeciwko amerykańskiemu Uniwersytetowi Yale. Lima żąda zwrotu ponad 40 tys. skarbów, które odkrywca Machu Picchu Amerykanin Hiram Bingham wywiózł ze słynnego miasta Inków. Zabytki co prawda opuściły Peru legalnie, ale miały być wypożyczone tylko na rok. Mimo upływu ponad 90 lat wciąż są w posiadaniu Yale.
Peruwiańczycy zaczęli domagać się ich zwrotu w 2006 r. Rok później zawarto ugodę. Yale zgodziło się oddać ok. 350 zabytków o wartości muzealnej i trochę pozostałych. Ugoda wywołała oburzenie części Peruwiańczyków. Padły oskarżenia o neokolonializm. Sytuacja zaostrzyła się, gdy wyszło na jaw, że zbiory Yale są liczniejsze, niż przypuszczano. W tej sytuacji Peru zerwało porozumienie i zażądało wszystkich zabytków.

Skarby z Machu Picchu to w większości potrzaskane skorupy naczyń oraz szczątki ludzi, które nie nadają się do muzealnych gablot. Podobne spory, choć na razie o mniejszym natężeniu, toczą się jednak o zabytki dużo bardziej spektakularne.

Londyn, Berlin, Moskwa

Najsłynniejszy konflikt dotyczy tzw. marmurów Elgina. Są to rzeźby wycięte w latach 1801-12 z ateńskiego Partenonu na polecenie brytyjskiego ambasadora w Turcji lorda Elgina. To jedne z najwspanialszych przykładów greckiej rzeźby. Część tych dzieł przypisuje się słynnemu Fidiaszowi. Wywiezione z należącej wtedy do Turków Grecji trafiły w końcu do British Museum i stały się jednym z największych skarbów tej instytucji.

Marmury z Partenonu są przedmiotem najdłuższej batalii o oddanie zabytków. Grecja pierwszy raz zażądała ich zwrotu już w 1833 r., trzy lata po odzyskaniu niepodległości. Ale British Museum pozostaje nieugięte. Jego zdaniem marmury usunięto za zgodą władz tureckich, więc trafiły do Londynu legalnie - choć potwierdzające to dokumenty budzą wątpliwości.

Kolejne słynne dzieło sztuki, o które toczy się spór, to wspaniałe popiersie królowej Nefretete odnalezione w 1912 r. w Tell el-Amarna, dawnej stolicy Egiptu. Niemieccy archeolodzy wywieźli je do Berlina. Ich zdaniem - za zgodą tureckich władz, które uznały rzeźbę za mało wartościową. Egipcjanie twierdzą jednak, że Nefretete po prostu przemycono. Władze Egiptu pierwszy raz zażądały jej zwrotu już w latach 30. XX wieku, ale Hitler je wyśmiał. Niedawno kolejny raz zapowiedziały walkę o rzeźbę.

Niemcy jednak ani myślą oddać królową, gdyż uznają ją za symbol berlińskiego Altes Museum. Faktem jest, że to niezwykle znane popiersie przyciąga do muzeum ogromne tłumy i przynosi fortunę ze sprzedaży reprodukcji. W ubiegłym roku Niemcy nie zgodzili się nawet wypożyczyć jej na wystawę do Egiptu. Oficjalnie stwierdzili, że jest zbyt delikatna, by podróżować. Jednak zdaniem wielu prawdziwym powodem były obawy, że Egipcjanie nie wypuściliby już królowej z powrotem.

Egipcjanie walczą też o wiele innych zabytków, a wśród nich o przechowywany w British Museum słynny kamień z Rosetty, który posłużył do odcyfrowania egipskich hieroglifów.

Jedna z najbardziej skomplikowanych spraw dotyczy tzw. skarbu Priama, czyli zbioru wyrobów ze złota, srebra i brązu, które Heinrich Schliemann znalazł w 1870 r. w ruinach Troi. Niemiec wywiózł je z Turcji nielegalnie i podarował muzeum w Berlinie. Podczas drugiej wojny światowej skarb zniknął. Dopiero w 1993 r. świat dowiedział się, że zabytki są w Moskwie. Teraz ich zwrotu chcieliby zarówno Turcy, jak i Niemcy.

Turcy chcą i nie chcą Krezusa

W ostatnich latach żądania zwrotu zabytków są coraz częstsze. Wiele krajów dostrzegło, że skarby przeszłości to świetny interes. Zarabia się nie tylko na reprodukcjach, ale również na turystach.

Wielkie muzea Europy Zachodniej i USA bronią się, jak mogą, ale często muszą skapitulować, gdy okazuje się, że zabytki pochodziły z nielegalnych źródeł. Broniąc się, często powtarzają, że Egipt, Grecja czy Peru nie są w stanie zapewnić zabytkom odpowiednich warunków. Dlatego Grecy zbudowali w Atenach supernowoczesne muzeum, w którym jest specjalna sala na marmury z Partenonu. Egipcjanie budują podobne w Kairze, a Peruwiańczycy chcą zbudować taki budynek w Cuzco.

Dwa lata temu życie dostarczyło Zachodowi doskonałego argumentu. W latach 1987-93 muzealniczy świat żył wojną Turcji ze słynnym nowojorskim Metropolitan Museum of Art. Zażarty bój toczył się o tzw. skarb Krezusa, władcy, który rządził w VI w. położoną w dzisiejszej Turcji Lidią. Ostatecznie Amerykanie przyznali, że wiedzieli, iż kupują go z nielegalnego źródła, i zgodzili się oddać skarb. Turkom zabrakło jednak pieniędzy na jego zabezpieczenie. Zabytki trafiły do maleńkiego muzeum w U ak.

W 2006 r. okazało się, że złote przedstawienie mitycznego hippokampa - najcenniejszy zabytek skarbu - znikło, a w jego miejsce podłożono kopię. Turecka policja aresztowała 10 osób, w tym dyrektora placówki. Kontrola w innych obiektach wykazała, że nie był to jednostkowy przypadek. Z jednego znikło ponad 500 rzadkich perskich monet. Kradzieży nie ustrzegło się też słynne muzeum w pałacu Topkapi w Stambule, które straciło w niejasnych okolicznościach ponad 40 zabytków. Co więcej, okazało się, że przez 5 lat muzeum w U ak odwiedziło ledwie 769 osób. Nowojorskie Met ma każdego dnia ponad 20 razy więcej gości.

W sporach o zabytki nie ma więc łatwego rozstrzygnięcia. Sensowne rozwiązanie zaproponowała Sharon Waxman. W wydanej kilka tygodni temu książce "Grabież: bitwa o skradzione skarby starożytnego świata" napisała: "Jedyną realistyczną drogą jest współpraca biednych, ale bogatych w dziedzictwo państw z uprzemysłowionymi narodami, które mają pieniądze i doświadczenie konieczne do zachowania tego dziedzictwa".

Problem w tym, że przez blisko dwa stulecia bogate państwa bez pardonu okradały biednych z ich historii, więc poziom nieufności i lista krzywd są całkiem spore.

Oddajcie nasze zabytki.jpg
Plik ściągnięto 7369 raz(y) 35,35 KB

 
 
Aida 
Homeisterynn


Pomogła: 7 razy
Wysłany: Pią 02 Sty, 2009 01:13   

Ciekawe jak to wygląda w przypadku np. Ermitażu, bo o Berlinie i Partenonie to wiedziałam, ale nie wiem, czy z Ermitażem też ktoś przeprowadzał takie transakcje?
_________________
z wiatrem ale pod prąd!
Ludzka praca naprawia skutki ludzkich błędów.
 
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Czw 05 Sie, 2010 20:02   

W jednym z pierwszych postów otwierających ten temat pożaliłem się, iż nie zezwolono mi w muzeum w Morągu, wykonać zdjęcia XVII wiecznego portretu pastora polskiego Davida Pomiana Pesarowiusa, wiszącego, przed 1945r. w zalewskim kościele. Jeden z szanownych Forumowiczów tak to wtedy skomentował: „doskonałą fotografię można otrzymać w muzealnym archiwum za kilka groszy, bo to raczej dyrekcja a nie panie pilnujące sal wystawowych zezwalają lub nie na robienie zdjęć oczywiście bez flesza prawda? ponieważ wszyscy dbamy o to co by nie zniszczyć obiektu”. Aha, mój aparacik posiadał tryb „muzeum”.
Dziś z satysfakcją przeczytałem artykuł Doroty Wodeckiej w Wyborczej pod tyt. Zakazuje się zakazywać. Kilka jego fragmentów (pełny tekst znajduje się pod adresem: http://wyborcza.pl/1,7684...?as=1&startsz=x ):

….Norbert Wojnarowski zwiedził z córkami kilka muzeów na świecie. W British Museum nikt go nie skrzyczał za robienie zdjęć eksponatom z Egiptu czy Mezopotamii. W londyńskiej National Gallery też nie. Do woli można nie tylko patrzeć na "Madonnę ze skał" Leonarda, ale i zbliżyć aparat fotograficzny nawet na kilka centymetrów od płótna. Podobnie w Watykanie.
W Lidzbarku Warmińskim już tak miło nie było. - Nawet nie pamiętam, co chciałem sfotografować. Jakąś bzdurę. Ale obsługa kazała mi kupić dodatkowy bilet. Dlaczego nie można fotografować? Przecież zbiory nie są własnością muzeum, tylko jako dobro narodowe należą i do mnie - mówi Wojnarowski, którego pogoniono z aparatem również z Pałacu Branickich…..
…Jacek Krywułt, turysta i pasjonat fotografii, zna większość polskich muzeów. - W jednych wskażą ci palcem na detal, który warto sfotografować, w drugim biegną za tobą z drugiego piętra i krzyczą: "Nie wolno robić zdjęć!". W Pińczowie bez problemu, w Ostrołęce atmosfera jak w domu, w Nieborowie portier mówi: "Zrób pan zdjęcie", na Górze św. Anny zapalają światło do zdjęcia. Ale w Łodzi w Pałacu Poznańskich aparat trzeba zostawić w szatni, w Wilanowie każą sobie kupić album, a w Legnicy czy w Chrzanowie, gdzie nie ma nic wyjątkowego, bronią się przed aparatami. W Brzegu gonią za człowiekiem, a na Wawel z aparatem nawet nie wejdziesz - wylicza. - Rozumiem zakaz dla "Damy z łasiczką". Ale, na litość boską, dla amonitów, których w każdym muzeum pełno? Dla mebli?!..
Jak sprawdziliśmy, w Krakowie "Damę z łasiczką" Leonarda da Vinci turysta może fotografować za darmo.
- To standard, do którego polskie muzea powinny dorastać. Czerpiemy wzorce z najlepszych muzeów świata, gdzie nikt nie robi problemów z robienia zdjęć. Jedną z misji muzeów jest otwartość na turystów, trzeba być im przyjaznym - mówi Katarzyna Bik, rzeczniczka prasowa krakowskiego Muzeum Narodowego….
…Michał Kosiarski jest 33-letnim aplikantem radcowskim, który raz a dobrze chciał wyjaśnić, czy dyrektorom polskich muzeów wolno zakazywać robienia zdjęć, czy nie.
Wziął na warsztat kodeks cywilny, ustawę o muzeach, o prawie autorskim, o ochronie konkurencji i konsumentów i siadł do internetu. Wklepał w wyszukiwarce trzy słowa: muzeum, regulamin, fotografowanie.
- Szukałem miejsc, gdzie robienie zdjęć jest uzależnione od zgody dyrektora. Nie chciałem składać pozwu przeciwko Wawelowi, bo już wyobrażałem sobie piekło, które by się rozpętało, gdyby krawaciarz z Warszawy pozwał polską ikonę. Miałbym przeciwko sobie największe kancelarie krakowskie. Uznałem, że ten sam cel osiągnę, znajdując sobie słabszego przeciwnika - opowiada.
Pozwał Muzeum Regionalne im. Dzieci Wrzesińskich we Wrześni, gdzie dyrektor zarządził, by za fotografowanie płacić 5 zł.
Prawnik uzasadniał, że to zarządzenie jest sprzeczne z polskim prawem. Bo:

* muzea mogą żądać pieniędzy, ale tylko za udostępnianie zbiorów do celów innych niż zwiedzanie;

* zakaz fotografowania godzi nie tylko w interes ekonomiczny konsumenta, który płaci za coś, za co nie powinien, ale też wywołuje uczucie przykrości i zawodu, gdy jest traktowany w niekorzystny dla siebie sposób;

* nie można uzależniać spełnienia świadczenia tylko od woli jednej ze stron, która ma prawo dokonywania wiążącej interpretacji regulaminu. To oznacza, że nie może od dyrektora muzeum zależeć to, komu pozwolić robić zdjęcie, a komu nie;

* fotografowanie przez turystę nie narusza praw majątkowych właścicieli muzealnych obiektów. Zgodnie z prawem autorskimi zwiedzający ma prawo do tzw. dozwolonego użytku prywatnego i publicznego sfotografowanego przedmiotu. To znaczy, że dla własnych, niekomercyjnych celów może je przetwarzać i rozpowszechniać.

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie 5 marca przyznał Kosiarskiemu rację. Wyrok się uprawomocnił.
Dyrektor Petrus komentuje: - Ten wyrok może doprowadzić do absurdu, bo muzea, którym ustawa nakazuje chronić zabytki, będą te szczególnie cenne chronić w magazynach.

Kilka regulaminów zmienionych

Michał Kosiarski ma nadzieję, że w te wakacje turyści z aparatami nie będą przeganiani z muzeów. Zakaz fotografowania umieszczony został w rejestrze klauzul niedozwolonych UOKiK i opublikowany 25 maja (nr 1945).
Gdyby jednak robienie zdjęć (bez flesza) wciąż było zakazane, zwiedzający mają dwa wyjścia. Złożyć skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów albo wystąpić do sądu o zwrot bezprawnie pobranych przez muzeum opłat.
Ministerstwo Kultury oświadczyło już, że w muzeach zdjęcia robić można i nie wolno za to brać pieniędzy. Kolejne muzea zmieniają swoje regulaminy. Muzeum we Wrześni również….

Szkoda, że będąc w tym roku znowu w Morągu, nie zaszedłem do muzeum, aby w końcu uwiecznić wspaniale odrestaurowany portret pastora z mojego rodzinnego miasta. Mam nadzieję , że tam już obowiązuje ten światowy standard., o którym wspomina pani Blik z Muzeum Narodowego Krakowie.
Nie omieszkam tego jednak sprawdzić za rok!

Leeds Castle_08.2009.JPG
Zdjęcie wykonane w zamku Leeds, w sierpniu 2009r.
Plik ściągnięto 152 raz(y) 52,54 KB

 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Sob 11 Wrz, 2010 23:48   

Co się stało ze skarbami Finckensteinów z Grabowca / Buchfelde?


Wiele się mówi o losach skarbów rodziny Finckensteinów, ukrytych przed nadejściem Rosjan w 1945r., podobno w podziemiach szymbarskiego zamku i prawdopodobnie wydobytych krótko po wojnie, w bardzo zagadkowych okolicznościach. Kilka kilometrów od zamku w Szymbarku, swojego miejsca urodzenia, zakupił posiadłość w Grabowcu / Buchfelde nad uroczym leśnym jez. Piotrowskim, w 1939r. znany wschodniopruski pisarz i poeta, hrabia Ottfried v. Finckenstein. Wątek dotyczący tego pisarza, autor prowadzi po adresami: http://www.marienburg.pl/viewtopic.php?t=7931 i http://dervish.wsisiz.edu...read.php?t=2118 .
Dzięki synowi pisarza, hr. Ottfriedowi v. Finckenstein jr., posiadam wspomnienia jego mamy, hr. Evy v. Finckenstein, wydane pod tytułem Wer nicht kann, was er will, soll wollen, was er kann (Kto nie potrafi osiągnąć tego, czego pragnie, powinien pragnąć tego, co potrafi), w Ottawie, w 1992r., dwa lata przed jej śmiercią. Fragment poświecony jest również czasom wschodniopruskim, a przede wszystkim Grabowcowi, gdzie rodzina pisarza spędziła cały okres wojny. Przetłumaczenia stron wspomnień dot. tego okresu, podjął się dr Kazimierz Madela, który udostępnił mi swoją roboczą wersję. Bardzo mu za to dziękuję.
Jak prawie każda wówczas rodzina ziemiańska i inteligencka, także Finckensteinowie z Grabowca, posiadali w swoim domu cenne rzeczy. Żona hrabiego, sprowadziła tutaj z Berlina, spuściznę po swoich rodzicach, którzy już nie żyli. W szklanej szafie, w jadalni, trzymano srebrne sztućce, między innymi 67 widelców. Po ojcu, historyku sztuki, odziedziczyła ona małe obrazy olejne Giotta malowane na drewnie i kilka obrazów z XV w. Giotto di Bondone (1266-1337) był włoskim malarzem i architektem, najwybitniejszym przedstawicielem XIV w. sztuki włoskiej. Działał we Florencji, Asyżu, Rzymie, Padwie, Neapolu i Bolonii. Od 1334 prowadził budowę dzwonnicy przy katedrze florenckiej, był autorem licznych fresków i obrazów sztalugowych. Do najważniejszych jego dzieł należą: freski w kaplicy Scrovegnich w Padwie, w kościele Santa Croce we Florencji oraz w bazylice św. Franciszka w Asyżu. Antycznymi meblami po jej rodzicach, umeblowano ujmująco rybaczówkę. Poza tym, ich przyjaciele z Berlina, przesłali do wschodniopruskiej samotni pisarza w Grabowcu, celem zabezpieczenia przed bombardowaniami, swoje najbardziej wartościowe rzeczy. Ale przyszła w końcu ta mroźna styczniowa noc w 1945r. Hrabia, służąc w armii, który od niedawna stacjonował w pobliskiej Iławie, zjawił się niespodziewanie w domu, o godz. 2 w nocy, ich wcześniej zarekwirowanym przez wojsko małym samochodem DKW. Trzeba było natychmiast uciekać, nie było więc czasu na pakowanie czegokolwiek. Zdążono tylko ciepło się ubrać na drogę. Jednocześnie rozkazano służbie, staremu mężczyźnie i dwóm dziewczynom, zaprząc konie do wozu i dołączyć do tworzonej kolumny uciekinierów z Piotrkowa. Były kłopoty z uruchomieniem auta w prawie trzydziestodniowym mrozie. Trzeba go było wziąć na zapych. Rola ta przypadła hrabinie, gdyż jej mąż siedział przy kierownicy. Było wtedy bardzo ślisko. Będąc w brzemiennym stanie przewróciła się i dopiero na kolanach udało się jej odpowiednio popchnąć auto, które w końcu ruszyło. Wtedy sobie uświadomiła, że mogła poronić. Udało im się dotrzeć DKV do Iławy, gdzie czekał na nich przygotowywany do ucieczki samochód wojskowego. Wtedy już było powszechnie wiadomo, że front został przełamany i wróg zajmował już całe Prusy. Niedaleko za ich wsią było zresztą słychać łoskot gąsienic rosyjskich czołgów.
W odkrytej ciężarówce wojskowej, w małej grupie: hrabina z mężem i jedenastoletnim synem, otulonych tylko w koce, kapitanem z żoną i dwudziestoletnią córką, leutnantem i siedmioma albo ośmioma żołnierzy, w ostatniej chwili, opuszczano Iławę. Po długotrwałej podróży, dotarto w końcu do Szczecina, a stamtąd małżonka hrabiego i syn udali się już pociągiem w głąb Niemiec.
Niestety całe cenne wyposażenie domu, rodzinna biżuteria i skarby sztuki, które zostały w Grabowcu przepadły. Hrabina czyniłam sobie potem przez długi czas zarzuty, że przecież mogła we właściwym czasie wszystko to uratować, a przede wszystkim biżuterię matki. Ale nawet w najczarniejszych koszmarach nie obawiano się nadejścia Rosjan. A wypadki potoczyły się tak szybko, że najważniejsze było już tylko ratowanie własnego życia. Przed Rosjanami nie udało się natomiast uciec służbie Finckensteinów. Jedna ze służących została zgwałcona przez Rosjan i urodziła potem „ruskie” dziecko.
Czy ktokolwiek jest w stanie, choćby częściowo, odpowiedzieć na postawione na początku pytanie?

W zał. okładka wspomnień hrabiny oraz reprodukcja obrazu Giotto di Bondone Sen Joachima

Wer nicht kann_okl.jpg
Plik ściągnięto 141 raz(y) 40,89 KB

Wer nicht kann_okla.jpg
Plik ściągnięto 144 raz(y) 63,32 KB

Giotto_Sen Joachima.jpg
Giotto di Bondone, Sen Joachima
Plik ściągnięto 150 raz(y) 52,1 KB

Ostatnio zmieniony przez Ewingi Sob 11 Wrz, 2010 23:52, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Ewingi 
Ewingi

Pomógł: 2 razy
Wysłany: Czw 28 Paź, 2010 21:48   

Niemcy oddali łupy Sowietów

Pod takim tytułem dzisiejsza Rzepa poinformowała o odzyskaniu z Berlina przez Gdańskie Muzeum Narodowe sześciu płócien zagrabionych w czasie wojny (http://www.rp.pl/artykul/15,555567-Niemcy-oddali-lupy-Sowietow-.html ). Wśród tych płócien znajduje się obraz urodzonego w Zalewie malarza Otto Brausewettera pod tytułem Wieczorne spotkanie malarzy u Stoddarta w Gdańsku (zdjęcie w załączeniu). Na trop obrazów wpadli sami gdańscy muzealnicy, wertując katalog dzieł sztuki wydany przez Fundację Dziedzictwa Pruskiego. Najprawdopodobniej obrazy zostały zrabowane przez Armię Czerwoną w 1945 r. i oddane w depozyt berlińskiemu muzeum. Rozpoczęły się żmudne negocjacje na temat zwrotu tych dzieł. W końcu Niemcy uznali argument, że należały one do Wolnego Miasta Gdańska, które zgodnie z prawem międzynarodowym nie wchodziło w skład ówczesnych Niemiec, lecz było osobnym podmiotem prawa międzynarodowego. Zgodzili się też z argumentem miejsca pochodzenia – dzieła te były związane z Gdańskiem, wszak obrazy wyszły spod pędzla tamtejszych malarzy. Szczegóły porozumienia z niemiecką fundacją nie są publicznie znane. Obrazy do Gdańska wróciły wczoraj. Nie są w najlepszym stanie, więc muszą zostać poddane konserwacji. W przyszłym roku będzie można je włączyć do galerii malarstwa gdańskiego i udostępnić szerokiej publiczności.
Więcej o Otto Brausewetterze (1835-1904) znaleźć można w monografii K. Skrodzkiego, Dzieje Ziemi Zalewskiej, Zalewo 2005 i na Sercu Mazur (http://www.sercemazur.pl/ ).

Brausewetter_Wieczorne spotk. malarzy u Stoddarta w Gdansku.jpg
Plik ściągnięto 131 raz(y) 85,82 KB

 
 
zapała 

Pomógł: 8 razy
Wysłany: Pią 29 Paź, 2010 08:33   

Eh ... , że też nie mogli sobie darować tych naciąganych wywodów :-) tak jakby MNG było następcą prawnym przedwojennego muzeum miejskiego, chyba że jest :-) , a samo muzeum powstało w czasie WMG a nie rządów Prus. "Tak czy siak" dobrze, że coś ciekawego mu "kapnęło".
 
 
starykot 


Wysłany: Nie 31 Paź, 2010 01:50   

Pewnie, że dobrze. Znasz jakiś akt prawny likwidujący niezależny podmiot prawa międzynarodowego - Wolne Miasto Gdańsk? :shock:
_________________
Lubię tu wpadać
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group