Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"

Chronimy Twoją prywatność
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w temacie o RODO


Poprzedni temat «» Następny temat
Wspomnienie autochtona
Autor Wiadomość
StormChaser 
Administrator
Łowca...



Pomógł: 25 razy
Wysłany: Sro 27 Cze, 2007 18:51   Wspomnienie autochtona

http://www.imalbork.pl/content/view/65/75/
Cytat:
Po co zmieniać przyjaciela?
Napisał/a: Marta Falkowska
środa, 27 grudzień 2006

Zmieniały się granice, pokolenia, zmieniał się Malbork, tylko ja się nie zmieniam – uśmiecha się Helmut Meier. – Niemiecki Marienburg, polski Malbork, to dwa światy, w których spędziłem całe swoje życie. Jednak mimo moich niemieckich korzeni, czuję się tu jak w domu, jak w mojej ojczyźnie – Polsce.


Kiedy Helmut Meier zaczyna swą opowieść w powietrzu dosłownie unosi się zapach minionych lat. Słychać gwar ulic tętniącego życiem Marienburga. Życiem spokojnym, szczęśliwym. Tylko czasami przerywanym odgłosami samolotów bombardujących okolice. Ale Marienburg wojna początkowo omija. Niemieckie dzieci biegną do szkół, rodzice do pracy. W małym miasteczku nad Nogatem czas płynie spokojnie.

Zamek – drugi dom
- Mój ojciec był rodowitym Niemcem, a matka Polką – wspomina Helmut Meier. – Poznali się, pokochali i pobrali. Domu przy ul. Niederschloss, w którym się urodziłem, już nie ma. Ala „drugi dom” mojego dzieciństwa stoi do dziś. Zamek. Krzyżacka twierdza była miejscem takiego chłopięcego poznawania świata. Większość rodziców moich kolegów pracowała w zamku, więc wszystkie jego najskrytsze tajemnice stały przed nami otworem. Ojciec był inwalidą z I wojny światowej, w II nie brał już udziału. Pracował jako stróż w koszarach wojskowych. Matka... To jedna z najsilniejszych kobiet, jakie stanęły na drodze mojego życia. Nikomu się wówczas nie przelewało, ale w naszym domu nigdy nie brakowało jedzenia. Do dzis pamiętam odgłos maszyny do szycia, naszego „chlebodawcy”. Mama potrafiła za jej pomocą wyczarować prawie wszystko. „Czarowała” do końca. Do 1948 roku.

Przyjaciel, czy wróg?
Wiadomość o wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku nie burzy harmonii codzienności. Chociaż z czasem... Do Marienburga coraz liczniej przybywają tłumy matek z dziećmi z Hamburga, Essen, Lipska, Berlina, które straciły swoje domy. Odgłosy nalotów bombowych na lotnisko w Królewcu nie pozwalają zapomnieć o toczącej się wojnie. Wiadomości z frontu różnymi drogami docierają do miasta.
- Najbardziej ucierpiała rodzina mojej matki. Jej ojciec został rozstrzelany przez Niemców zaraz na początku wojny. Za co? Może za to, że był Polakiem. Nie wiem. Jej matka i wielu bliskich trafiło do obozów koncentracyjnych – opowiada pan Helmut. – Brat mojej matki latem walczył w partyzantce, a zimą ukrywał się u nas. Wówczas mieszkaliśmy przy ulicy Goldener Ring ( dzisiejsza Sienkiewicza). Dom przy ulicy Niederschloss zniszczył ząb czasu. Wuj nabierał u nas sil i wracał walczyć z wrogiem...
A tym wrogiem mógł być przecież starszy brat pana Helmuta, Walter, lotnik wojsk niemieckich. Światy dwóch rodzin, niemieckiej i polskiej, nieodłącznie się ze sobą przeplatały. Ojciec Niemiec ukrywał szwagra Polaka. Wielu najbliższych członków rodziny ze strony matki trafiło do niemieckich obozów koncentracyjnych. Brak wiadomości od nich to... złe wiadomości. Polka, siostra matki, która w czasie wojny pracowała w Wolnym Mieście Gdańsk, dostarczała niemieckiej rodzinie żywność. Tego, kto był wrogiem, kto przyjacielem, kilkuletni wówczas Helmut Meier chyba nie do końca rozumiał. Bo jak wytłumaczyć małemu chłopcu tę poplątaną przez dorosłych historię ludzkich losów...

Patrzcie, Hitler!
Wrzesień 1941 roku. Do miasta nad Nogatem, w czasach największych militarnych sukcesów swoich wojsk, przybywa Adolf Hitler, kanclerz III Rzeszy Niemieckiej. Tłumy zgromadzone na ulicy „nagradza” charakterystycznym, powitalnym gestem dłoni. Nadano mu tytuł Honorowego Obywatela Miasta. Na jego cześć Deutsch-Ordens-Strasse ( dzisiejsza 17 Marca) przemianowano na Adolf-Hitler-Strasse. O ironio historii – niedługo „gościł” na informacyjnych tabliczkach z nazwą ulicy.
- Pamiętam wizytę Adolfa Hitlera. Razem z kolegami wdrapaliśmy się na drzewo i czekaliśmy cierpliwie. Przejechał, przemknął, zniknął... A my wróciliśmy do ciekawszych zajęć. Tych nieobowiązkowych. A obowiązkowe... – zamyśla się pan Helmut. – Poza chodzeniem do szkoły, raz w tygodniu uczęszczaliśmy na spotkania Deutsches Jungvolk.
Hitlerjugend ( organizacja młodzieżowa NSDAP ) od 1936 r. – według ustawy o obowiązkach młodzieży – rozrasta się.... kosztem dzieci. Już nie od 14 roku życia, lecz 10. Mali Niemcy, chłopcy i dziewczynki ( Jungmadel ), musieli uczęszczać na obowiązkowe spotkania.
- Spotykaliśmy się przy Wilhelm Strasse ( dzisiejsza ul. Reymonta ). Podobnie jak harcerze, ubieralismy mundurki, a one „zobowiązywały”. Za niestawienie się na kilku zajęciach zostałem ukarany. Chyba nie byłem najgrzeczniejszym chlopcem – uśmiecha się Helmut Meier. – Kiedyś zapomniałem pozdrowić przechodzącego żołnierza. Zwrócił mi uwagę. Zasalutowałem, a kiedy mnie minął, postukałem się w głowę. Takie tam dziecięce psikusy.

Początek końca
W 1944 roku na zawał serca umiera ojciec Helmuta Meiera. Czy przyczyną zawału była otaczająca rzeczywistość? Tego nie dowiemy się już nigdy... Do Marienburga małymi krokami zbliża się front zmagań wojennych. Miasto przygotowuje się na odparcie zbliżających się wojsk radzieckich. Marienburg z dnia na dzień przeistacza się w twierdzę. To już nie są dalekie „odgłosy” wojny. To wojna!
- W styczniu 1945 r., kto tylko mógł, uciekał z Marienburga – wspomina pan Helmut. – Wraz z mamą i babcią, której udało się wydostać z obozu, kolejką wąskotorową dotarliśmy do Gdańska. Wszystkich uciekających wprost z dworca kierowano do budynku, w którym mieściła się strzelnica. My nie skorzystalismy z tej możliwości.
Gdyby skorzystali, nie wiadomo, czy pan Helmut doczekałby końca wojny. Tej samej nocy strzelnicę zbombardowano. Większość ukrywających się w niej Niemców, zginęło.
- Przenocowalismy u znajomej mojej mamy. Czyżby mama cos przeczuwała...- zastanawia się mój rozmówca. – Po kilku dniach przenieśliśmy się do budynku sądu. Po wkroczeniu Rosjan utworzono w nim szpital wojskowy. Rosyjscy żołnierze nie wypędzili nas stamtąd. Pozwolili nam zostać w nim do końca wojny. Tak myślę i myślę..., ale nie pamiętam, aby ze strony Rosjan spotkały nas jakiekolwiek nieprzyjemności. W 1945 roku miałem już 14 lat. Pamiętałbym to.

Na zgliszczach Marienburga
Zniszczone Stare Miasto, „okaleczone” ulice i domy, wysadzony most na Nogacie, zdewastowany zamek. Gruzy, płacz, cierpienie. Szukający bliskich najczęściej znajdują... łzy rozpaczy. Niemcy, Polacy, Rosjanie, Żydzi. Plątanina języków, narodów, religii. Marienburga już nie ma. Jest Malbork.
- W styczniu 1945 roku, kiedy wróciliśmy do domu, zastaliśmy w nim obcych ludzi. To nie był już nasz dom. Moja mama znalazła dla nas wolny pokój przy ul. Orzeszkowej. Była wdową po Niemcu, ale przecież Polką. Matką samotnie wychowującą dziecko. Mój brat z niewoli u Amerykanów wrócił w 1946 roku. Było nas już troje. Babcia zaraz po wojnie wyjechała do siebie, do Borów Tucholskich. A ja... po polsku mówiłem zaledwie kilka słów. Szukałem na malborskich podwórkach moich szkolnych, niemieckich kolegów. Niewielu udało mi się odnależć. Większość opuściła Malbork, a może jeszcze Marienburg – zastanawia się pan Helmut. – Szukałem ulic mojego dzieciństwa. Przecież to było całe moje dotychczasowe życie. Ale tych ulic już nie było. Tylko zgliszcza...

Życiowa decyzja
Matka Helmuta Meiera zmarła w 1948 r.. Po jej smierci pan Helmut wahał się, czy jechać do Niemiec. „Jechać”, a nie „wracać”. Przecież nie znał tego kraju, mimo, że to jego ojczyzna. Papierkowa ojczyzna... Przecież nigdy wcześniej nie poznał innych Niemiec niż te w Marienburgu. Został w Malborku.
- Musiałem zacząć wszystko od nowa. W domu mówiliśmy po niemiecku. Języka polskiego uczyły mnie powojenne ulice polskich miast. I nauczyły. Chociaż czasami tęsknie do języka mojego dzieciństwa. Tęsknię do Malborka, którego już nie ma. Chodząc ulicami, nie znajduję już miejsc naszych dziecięcych zabaw. Ale nie żałuję, że tu zostałem. W latach 80. byłem w Niemczech, mogłem nie wracać. W Polsce nie były wtedy łatwe czasy. Ale wróciłem do Malborka. Do miasta, które kocham. Znam je od „podszewki”. Po co zmieniać „przyjaciela”, który wraz ze mną przeżywał swe wzloty i upadki. Po co? Przecież razem zawsze raźniej. Urodziłem się w Marienburgu i w Malborku umrę.


Artykuł archiwalny

(MF)
_________________
"Cmentarze można zburzyć, pamięci zniszczyć nie sposób”

 
 
katz 


Wysłany: Pon 02 Lip, 2007 20:10   

To są chyba ostatnie zapisane wspomnienia Helmuta Meiera, juz nie żyje.
_________________
Pozdrawiam
Katz
 
 
dziarek 
http://www.tiutiaputia.com/


Wysłany: Wto 03 Lip, 2007 10:43   

Artykuł pamiętam, pisała go moja znajoma, jakiś rok póltora temu.
_________________

 
 
Larina 


Pomogła: 4 razy
Wysłany: Czw 05 Lip, 2007 17:55   

Marta Falkowska? Czyżby moja sąsiadka? :?: :-?
_________________
"Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały świat działa potajemnie by udało Ci się to osiągnąć" Paulo Coelho
 
 
 
dziarek 
http://www.tiutiaputia.com/


Wysłany: Pią 06 Lip, 2007 07:02   

MArta Falkowska, a czy sąsiadka to nie wiem :)
_________________

 
 
sylwia76 

Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 08:46   

Niesamowity wywiad, mnie chwycił za serducho...Czy pan Helmut to ostatni, który pamiętał przedwojenny Malbork? Czy żyją w Malborku jeszcze inni rdzenni mieszkańcy? Gdyby tak móc przenieść się w przeszłość i powędrować uliczkami Marienburga, zobaczyć starówkę, wdychać atmosfere tego miasta, ech...marzenia :)
_________________
Emigrantka, ale cały czas żywo zainteresowana rodzinnym miastem :)
 
 
 
konto_usunięte
[Usunięty]

Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 17:11   

sylwia76 napisał/a:
Czy żyją w Malborku jeszcze inni rdzenni mieszkańcy?


Znam jedną kobietę, mieszkała przed wojną
 
 
Mytoon 
Administrator
misiu okrąglisiu



Pomógł: 6 razy
Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 17:18   

Dziadek znajomego jest rodowitym malborczykiem.

Niedługo będę sie do niego wybierał z kolegą w celu wysłuchania opowieści o przedwojennym Malborku. Może uda się skopiować fotografie ;-)
_________________
Wielkie dzieła powstają nie dzięki obłędowi, lecz mimo niego.
 
 
 
konto_usunięte
[Usunięty]

Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 17:24   

No ja też planuję się wybrać do tej pani ;-)
Ostatnio zmieniony przez konto_usunięte Pią 21 Wrz, 2007 17:24, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Larina 


Pomogła: 4 razy
Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 19:47   

zabierzcie mnie ze sobą :-P
_________________
"Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały świat działa potajemnie by udało Ci się to osiągnąć" Paulo Coelho
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group