Marienburg.pl Strona Główna Marienburg.pl
Nasze Miasto, Nasza Pasja...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 

Ta witryna korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w naszej Polityce dotyczącej "cookies"


Poprzedni temat «» Następny temat
Das Grosse Werder - Erwin Flink
Autor Wiadomość
Grażyna 
GML

Pomogła: 8 razy
Wysłany: Sro 30 Gru, 2009 12:53   Das Grosse Werder - Erwin Flink

Erwin Flink, dawny mieszkaniec Żuław, miłośnik ich historii i kultury


W książce „Das Große Werder – Rückblick und Erinnerungen“ napisał o sobie:

„ Jestem dzieckiem Wielkich Żuław. Przemierzyłem i poznałem je pieszo, rowerem i kolejką wąskotorową. Kąpałem się w Świętej, w Wiśle i Bałtyku. Zapachy łąk, pól i wód towarzyszą mi do dzisiaj.
Urodzony 19 marca 1925r. W Lichnowach, typowej żuławskiej wsi z kościołem, wiejskimi chałupkami, dworami ziemskimi, prastarymi drewnianymi domkami z kornikami i kołatkami w ścianach, ich wielkimi przytulnymi piecami kaflowymi, które zimą darowały trzeszczącym ogniem swoje ciepło. (...)
Po 1945r. Praca zawodowa zawiodła mnie do Hamburga, Düsseldorfu, Stuttgartu, Monachium, Freiburga, Würzburga i ostatecznie do Wuppertalu.
Moje ulubione przedmioty szkolne – geografia i historia, a także miłość do stron ojczystych, wzbudziły we mnie ochotę i przyjemność pisania o naszej ojczyźnie, Wielkich Żuławach.
Nam, którzy musieliśmy opuścić te strony pozostaje obowiązkowe zadanie, by wiedzę o naszych rodzinnych stronach przekazywać dalej w piśmie i obrazach (...)

Wuppertal 1995r.

W tej publikacji, którą otrzymałam 12 lat temu w podarunku od pana Flinka, znalazłam wiele interesujących informacji o życiu i zwyczajach dawnych mieszkańców Żuław.
- I chciałabym się tą wiedzą z Wami podzielić

[ Dodano: Sro 30 Gru, 2009 13:12 ]
Erwin Flink

na Żuławach

WESELA

W czasach mojej młodości rodzice wprawdzie już nie decydowali wyłącznie kto ma zostać partnerem syna, czy córki w małżeństwie, jednak baczyli w istotny sposób na to, aby przede wszystkim nie doszło do mieszanego małżeństwa odnośnie wyznania chrześcijańskiego, bo:
„jeden pójdzie brzegiem, a inny pobłądzi". Takie było powszechne przekonanie na naszych Żuławach. Oprócz tego rodzice widzieli chętnie dobre dochody narzeczonego, staranność w pracach domowych narzeczonej i rzecz zrozumiała, dostateczny posag były mile widziane.
Narzeczona lub narzeczony powinni w zasadzie pochodzić z tej samej miejscowości, ponieważ znało się rodzinę. Jedynie tam, gdzie były bogate majątki i u rybaków nad Zalewem Wiślanym młodzi ludzie nierzadko zawierali związki małżeńskie z zamiejscowymi.
Gody, tak nazywano we wcześniejszych czasach ważną uroczystość rodzinną lub znaczące święto, później także główne święta kościelne. Spojrzenie na historię kultury pojęcia godów, widocznie różnorodnych, często przedziwnych przemian, które następowały w przeciągu czasu, zaczęto je odnosić tylko do zaręczyn i ślubu. W języku powszechnie używanym wyrażamy słowem „ślub” mniej więcej wejście w nowy okres życia, „małżeństwo” jako obowiązujący prawnie trwały związek, a „wesele” jako uroczystość między tradycją i nowoczesnością.

Sympatia nie zawsze była decydująca, w większości były to „ożenki odpowiednio do zajmowanego stanu społecznego”: rolnicy u rolników (Mennonici), robotnicy rolni u robotników rolnych, rzemieślnicy u rzemieślników. Dlatego, w rzeczywistości starzy potajemnie „uknuli” tak liczne ożenki, przy czym koniecznie musiał zostać zużyty „Buddel-Stobbes-Machandel-00”. Właściwe małżeństwa z miłości nastały dopiero około przełomu XIX i XX w. Gdy chłopak wprawdzie dłuższy czas chodził z jedna dziewczyną i obracał się w domu jej rodziców, wtedy matka dziewczyny wyrażała często bez ogródek swoje oczekiwania: „Ty, łepek, przyłaziłeś tu dość często i co, długo jeszcze chcesz udawać kawalera, czy mam ci gnaty poprzetrącać?!”. Stosowano to szczególnie wtedy, gdy córka już była w ciąży, co na naszych Żuławach nie rzadko się zdarzało.
Gdzie w grę wchodził znaczny majątek i odpowiednie bogactwo, w większości wypadków do rodziców należało ostatnie i decydujące słowo. Często posługiwano się swatem, „ Friesmannem” ( Lubiszewo, Kmiecin) lub „Heiratsmacherem” (Tuja), aby sobie i swoim podopiecznym oszczędzić ewentualnego „kosza”. Mówiło się: „ Foahr moal hen on bered dat, ook wat he so metbekommt, ob. se ook wat op de Feet hewt on eent met’s andere” co znaczyło mniej więcej: - Jedź i przekonaj się, czy on “ma coś na nogi”, ( posag, spadek)
i czy to wszystko do siebie pasuje. Swat jako wynagrodzenie otrzymywał zaproszenie na wesele ( Lichnowy), albo poczęstunek w wiejskiej gospodzie, otrzymywał także gotówkę do ręki ( Kmiecin). Niekiedy jakaś stara ciotka zajmowała się „stręczycielstwem” w żartobliwym tego słowa znaczeniu. – Przez te uzgodnienia prowadzone przez osoby trzecie unikało się różnych przykrości, zanim pierścień zaręczynowy mógł zostać włożony w kręgu rodzinnym.
Czas narzeczeństwa trwał przeważnie pół roku. W naszych miastach Nowym Dworze i Nowym Stawie niekiedy trochę dłużej, gdy narzeczony chciał zdobyć znaczniejszą posadę w swoim zawodzie. Zapowiedzi były ogłaszane zarówno w urzędzie stanu cywilnego, jak i w kościele.

Preferowaną do zawierania małżeństwa porą roku, szczególnie na wsi, była jesień, dokładnie mówiąc „marcinki” (11. listopada). Było Wtedy już po żniwach i bardzo pożądane narzeczone mogły bez trudności odejść ze służby. W ustach ludu wyglądało to tak: „ Em Harwst krope se tosome; de lange Wenter es jo so koalt.” (Jesienią polezą razem, bo długa zima jest taka zimna’). W Sztutowie mówiono o tym jeszcze wyraźniej: „Se befriee sich tom Wenter, denn im Sommer hewe se keene Tied, on wenn es koalt es, schloapt et sich beter tosome” („ Ożenią się przed zimą, bo latem nie mają czasu, a kiedy jest zimno, razem śpi się lepiej”)
Chętnie ślubowano podczas pełni księżyca, „ponieważ przy pełni dobrze jest zasiewać”.
Najlepszymi do zawierania ślubu dniami tygodnia były wtorek i czwartek, także niedziela, jedynie nieszczęśliwego piątku unikało się jak diabeł święconej wody. Z powodu niewyspania po porządnym i wystawnym weselu z biegiem czasu przyjęło się wyprawianie wesel w sobotę. Jako odpowiedni wiek do zawierania małżeństwa uważano lata miedzy 25 – 30 dla mężczyzny i 20 – 25 dla kobiety. (...)

Już w czasach przedchrześcijańskich, poprzez urządzanie ”Polterabend” - hałaśliwego wieczoru, brzękiem naczyń, ludzie próbowali odstraszyć złe duchy. Germanowie wyganiali je szczękiem broni, brzękiem naczyń i przerażającymi maskami. Tradycją stał się zwyczaj wielkiego świętowania „hałaśliwego wieczoru” dlatego, by wyprawić pożegnanie własnej młodzieńczości. Nie przeszkadzało, że następnego dnia zmęczeni i skacowani zaczynali ważny dzień swego nowego rozdziału w życiu. „Stłuczki przynoszą szczęście”- mówiono, ale szkło było zabronione. Przyszli małżonkowie musieli sami posprzątać skorupy, ponieważ jako młode małżeństwo będą musieli się wspierać także w trudnych czasach. Uparte, złe duchy były przepędzane za pomocą piekielnego hałasu, który czyniono przy użyciu pokrywek i patelni uderzając jednymi o drugie i chodząc po całym domu.
„Polterabend” pełen śmiesznych pomysłów, muzyki i tańców, obdarowywania przyszłych małżonków praktycznymi prezentami, którego przebieg dyktowała roześmiana radość życia i pogodna swawola, nierzadko był piękniejszy niż samo wesele. Podczas gdy przed dziesiątkami lat rzucało się jeszcze w szyby okienne grochem, ( Dębina) ze względu na magię płodności, o tym zwyczaju już w późniejszych czasach nic nie wiadomo. Sypano i rzucano przed drzwi wszystko, co tylko było możliwe. Jednak tylko rozsądni „hałaśnicy” byli podejmowani kawą, ciastem i wódką. Tam, gdzie „Polterabend” przebiegał według zwyczaju ojców, dzieci i dorośli wygłaszali ułożone przez siebie wiersze, które w swej wymowie pozostawiały wiele do życzenia. To był szczególnie rzewny moment dla przyszłego męża, pożegnanie z często beztroskim życiem w stanie wolnym.

Piękna, słoneczna pogoda w dniu ślubu przepowiadała „słoneczne małżeństwo”. Sam deszcz nie oznaczał w żadnym wypadku, że małżeństwo będzie smutne, przeciwnie: „ Ile kropel deszczu, tyle szczęścia i błogosławieństwa” ( „Soviel Tropfen Regen, soviel Glück und Segen”). Gdy powiewał lekki wiatr - młoda para zawsze będzie miała chleb. Wyrazista burza do tego, oznaczała burzliwe małżeństwo, które jednak niekoniecznie musiało być nieszczęśliwe. Było źle natomiast, kiedy padał śnieg: „Soviel Schnee, soviel Ach und Weh”. („Ile śniegu, tyle cierpienia i bólu” )

Narzeczona w dniu ślubu ubierała przeważnie białą suknię. Biel świadczyła o niewinności i czystości dziewczyny. Krawcowa (Nowy Dwór) wszywała do kieszeni lub trenu chleb, sól albo pieniądze, aby tych rzeczy nigdy w małżeństwie nie zabrakło. Zależnie od miejscowości i mody do stroju weselnego należał zamknięty, mirtowy wianek i długi welon, który w Kątach Rybackich nie był zgodny z obyczajem. Córki bogatych żuławskich rolników (Lubiszewo) ściśle przestrzegały tego, żeby na suknię ślubną zużyto przynajmniej 16 m. jedwabiu. Do czarnej sukni narzeczeńskiej ( Lubiszewo, Orłowo) narzeczona nosiła białe bawełniane rękawiczki i podobne pończochy z wyrobionym monogramem i liczbą roku. Do tego zwyczajowo były noszone czarne buty.
– Kościoły i ich proboszczowie wymagali jednakowoż, aby „upadła dziewczyna” mirtowy wianek miała z tyłu otwarty, przy czym musiała go przy wejściu do kościoła zdjąć, jeśli już urodziła dziecko. - Ci bezlitośni duchowni wyświadczali w wielu wypadkach złą przysługę kościołowi, ponieważ aby uniknąć tego rodzaju upokorzeń, wiele młodych par decydowało się na zawarcie jedynie cywilnych małżeństw i już nie ślubować w kościele. Mirtowy wianek, welon i ślubna suknia służyły jedynie jako ozdoba bez żadnego szczególnego znaczenia.
W porównaniu do uwagi, jaką się przywiązywało do wyglądu stroju narzeczonej, wygląd ubrania ślubnego pana młodego nie miał wielkiego znaczenia. Na Wielkich Żuławach ok. 1865r. Wszedł do mody frak, już 16 letni Mennonici zakładali go do chrztu. Często noszono surdut albo mundur przez żołnierzy, urzędników pocztowych lub celników, szczególnie, gdy osiągali wyższy status zawodowy. „Królewski mundur” nie gloryfikował militaryzmu, lecz odzwierciedlał jedynie przekonania moralne i przywiązanie do tradycji. Rzecz zrozumiała - noszono dumnie do munduru wszystkie odznaczania i ordery, które otrzymało się za zasługi.

Narzeczony witał wszystkich przybyłych, zaproszonych gości szklaneczką wódki, przeważnie nowodworską „Stobbes-Machandel-00”.
Formował się pochód weselny do kościoła, a basetla pytała: ”Ob de Brut noch Junfer es?” („Czy ta narzeczuna jeszcze wionek mo?)” Skrzypce zaś jej odpowiadają: „Bie miene Seel, dat wet eck nich!”( „A na mojo dusze, a bo wie to kto!”) Podczas ślubu starsze panie z Żuław nie zaniedbywały obserwacji świec. Jeśli płonęły spokojnie, oznaczało to spokojne i trwałe małżeństwo, gdy migotały, nie wróżyły stałości tej parze. Jeśli narzeczona podczas wymiany obrączek nadepnęła narzeczonemu na nogę zanim wypowiedział słowo „tak”, będzie w tym małżeństwie przewodziła i do niej będzie zawsze należało ostatnie słowo.
Tymczasem mały anielski dzwon na wieżyczce śpiewa w szczególnym rytmie: ” Ins Elend, ins Elend, ins Elend” ( „W ubóstwie, w ubóstwie, w ubóstwie”). A większy dzwon niskim głosem odpowiadał: „Auf ewig, auf ewig, auf ewig” („na zawsze, na zawsze, na zawsze”).

Wymiana obrączek jest dla narzeczonych bardzo ważnym momentem. Małe kosztowności na serdecznym palcu, kupione przez narzeczonego symbolizowały afektowaną miłość, stałą wierność i trwanie przy sobie na zawsze „ dopóki śmierć was nie rozłączy” .
U dawnych ludów, także Germanów, istniał szeroko rozprzestrzeniony zwyczaj zakupu narzeczonej. Wybranki były obdarowywane z początku bransoletami, później zastąpiono je pierścieniami (obrączkami). Ten ślubny pierścień w całym świecie noszony jest na czwartym palcu lewej ręki, ponieważ według dawnych wierzeń, przez ten palec prowadzi „nerw miłości” prosto do serca i przez niego uczucie jest ochraniane. Zdjęcie obrączki powoduje utratę jej magicznej mocy. A obrączki ślubne wykonane unikalnie, bywały od niepamiętnych czasów ozdabiane złożoną grawerką jak data ślubu, imiona lub inicjały. Rzymianom służył ten pierścień także do odróżniania indywidualnych związków, często ozdobiony był wieloma cennymi kamieniami. Dopiero później prostym ludziom również wolno było nosić złote obrączki.

Przecięcie więzów, które przyjaciele młodej pary zakładali im po wyjściu z kościoła, (Urzędu Stanu Cywilnego!) symbolizowało także rozdział ze starymi - w najprawdziwszym sensie słów - uwikłaniami i związkami. Tak więc można było zaczynać inne, nowe życie.
Gdy orszak weselny wchodzi do domu, muzykanci intonują” Nu hewt se em, nu hewt se em, nu mut se em uck heholle”( „Teraz ona go ma, teraz ona go ma, teraz musi go sobie zatrzymać”). Matka panny młodej, przy wejściu podaje młodemu małżonkowi wódkę (Mirowo), podczas gdy młoda małżonka otrzymuje chleb i sól. To jest zupełnie odpowiednio, ponieważ Żuławiacy świętowali porządnie, dewizą było „jak już, to już” . Do tego należało naturalnie szczodrze podane jedzenie. Po wspólnej biesiadzie, zwanej ślubem dlatego, iż miała umacniać wspólnoty rodzin, następował toast wznoszony typową „Stobbes-Machandel-00”. Młodzież wkrótce wyrywała się do tańca przy muzyce zaproszonych muzykantów, albo też ktoś ( z gości) przygrywał na dudach, skrzypcach lub innym instrumencie. O północy rozpoczynał się taniec welonowy, zwany również dziewiczym, podczas którego wszyscy mężczyźni mogli odciąć kawałeczek welonu panny młodej, gdyż nie obcięty welon uznano by za zły omen. Ten taniec kończył uroczystość weselną. (...)


Przy tłumaczeniu wyrażeń w Plattdeutsch pomagał mi pan Klaus Werner Kahl z www.plattdeutsch.net, któremu serdecznie dziękuję.

G.M.L.

[ Dodano: Sro 30 Gru, 2009 13:33 ]
Adminie, ratuj coś mi się powieliło. Proszę usunąć zdublowany tekst! :ops:
Zrobione

E. Flink.jpg
Plik ściągnięto 821 raz(y) 28,73 KB

strona tytułowa.jpg
Plik ściągnięto 748 raz(y) 18,69 KB

Ostatnio zmieniony przez Siostra Irena Sro 30 Gru, 2009 18:09, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
Grażyna 
GML

Pomogła: 8 razy
Wysłany: Sro 20 Sty, 2010 16:41   z cyklu "Na Żuławach" - Dzień św. Marcina

Erwin Flink
Na Żuławach

Dzień św. Marcina i marcińska gęś
tłumaczenie G.M.L.

Dzień św. Marcina (11.11) z tradycyjnymi pochodami ze światłami jest dziś głównie atrakcją dla dzieci. Jednak dawniej, był przede wszystkim ważnym dniem dla dorosłych, szczególnie związanym z rolnictwem. Z dniem św. Marcina nie kończyła się wprawdzie cała praca w dworach ziemskich i w rolnictwie, ale w dużej mierze na polach. Plony były zebrane, stodoły wypełnione, a bydło sprowadzone do obór. 11 listopada stanowił zakończenie roku rolniczego. Wykonane zostały płatności w gotówce i produktach naturalnych, wypłacony czynsz za dzierżawę ziemi, i wypłacone zaległe wynagrodzenia pracownikom.
„Marcinki” były także terminem prawnym.

Nie tylko na naszych Wielkich Żuławach na św. Marcina następowała wymiana pracowników - ostatnie istotne wydarzenie przed Bożym Narodzeniem, ponieważ dawniej w tym dniu także pracownicy opłacani z kasy miejskiej mogli dostać przedłużenie umowy, bądź otrzymać wypowiedzenie. Nauczyciel i proboszcz w gminnie bardzo często otrzymywali gęś jako deputat, także ubodzy przyjaciele lub krewni cieszyli się z podarku w postaci gęsi.
Praktyki, zwyczaje i potrzeby różniły się trochę w poszczególnych miejscowościach żuławskich w zakresie zmian związanych z zatrudnianiem pracowników. Wynagrodzenia, zwolnienia i zatrudnienia, rozumiane były powszechnie jako nierozerwalne z okresem „marcinkek”. Była to” tzw. „marcińska wiązka”. Składała się często z okazałej gęsi dla mężczyzn (Dębina - Eichwalde), dla dziewczyn zaś z 25 łokci lnianego płótna (Lubiszewo), z którego w czasie zimowych miesięcy szyły koszule i posażne obleczenie na pościel. „Także marciński chleb” należał do „ marcińskiej wiązki”. W „marciskim chlebie” zapiekano chętnie różności: np. pasternak, a w Lisewie Malb., podobnie jak i w innych miejscowościach żuławskich, w „marcińskim chlebie” zapiekano kawałeczki żelaza lub gwoździe , co w ludowym określeniu nazywało się „Pollaksnagel”. Rozumiano przez to, że, żelazo odgrywa ważną, symboliczna rolę. Wprawdzie kucharki na dworach wychodziły z założenia, że zapieczenie miotły w „chlebie marcińskim” uważano by za grzeszne (Orłowo – Orloff), podczas gdy przeważnie nie sprzeciwiano się zapiekaniu żelaza i gwoździ .

Jeżeli człowiek pracujący kosą był w stanie podnieść jeszcze 2 cetnary zboża (ok. 200 kg,), zarabiał przed 1 wojna światową około 50 talarów na rok; sumienna, sprytna dziewczyna służąca zarabiała natomiast 30 - 35 talarów. Prócz tego, tu i ówdzie na „wstępie” uzgadniane było także wynagrodzenie w naturze. Gdy parobek zatrudniał się w małym, położonym z dala gospodarstwie, na naszych Żuławach mówiono o tym żartobliwie: on przebywa w „Uhlewinkel” albo na „de Kräjeheid”. – Kto zmieniał posadę przed żniwami, musiał bezwzględnie liczyć się ze stratą 20 talarów.
Trzeba powiedzieć, iż na „Marcina” nie w każdej miejscowości był „dzień wędrówek”. W Stegnie na przykład, zmieniano posady na „Elżbietę (19. listopada), a w Wiślince (Weßlinken) dla żonatych i mężatek na „Gromniczną” (2.lutego). Przyjęte było ze strony pracowników, że przed opuszczeniem posady musiał upłynąć miesiąc, ale także i „państwo” musieli się zdeklarować, czy tych ludzi chcą zatrzymać, czy też nie.
Po „Marcinie” pracownicy mogli świętować kilka dni. Ten czas wykorzystywano na odwiedziny w domu, u krewnych lub znajomych, a także często na śluby. W tych dniach więc jadło się też dobrze i nieźle zapijało alkoholem. W wielu małych domostwach wykorzystywano też wolne po „Marcinie” na ubój. Świnie i drób wędrowały do garnka.
Jeśli w czasie „Marcinków” na naszych Żuławach zdarzały się w pogodzie nawroty ciepła, nazywaliśmy to w domu „marcinkowym latem”.
Dlaczego właśnie 11.11 nazywany został„dniem św. Marcina”? - Tego dnia został złożony do grobu biskup Marcin z Tours/Galia, dzisiejszej Francji. Biskup Marcin jest pierwszym świętym kościoła katolickiego, który nie zmarł śmiercią męczeńską. Marcin był rzeczowym i sprawiedliwym człowiekiem, jest patronem żebraków, biedaków, żołnierzy, rycerzy, rolników pasterzy, zbieraczy winogron, a także bydła. Był także opiekuńczym świętym królestwa Merowingów. Już w czasach jego życia, o tym skromnym świętym prawiono wiele legend. Tu należy dodać, że święty Marcin także i u protestantów cieszy się pewną popularnością, co prawdopodobnie wiąże się z osobą Marcina Lutra, który urodził się 10.11, a więc w wigilię dnia św. Marcina.
Według jednej z legend, Marcin jako żołnierz w służbie Rzymian, przeniesiony został na tereny Francji. Tam przed brama miejską Amiens podzielił się swoim płaszczem z półnagim, drżącym z zimna żebrakiem, mieczem przecinając okrycie na dwie części. Ten szlachetny czyn - jak mówi legenda - sprawił, że we śnie objawił mu się Chrystus przyodziany w połowę tego płaszcza. Marcin dał się ochrzcić i po odejściu ze służby u Rzymian postanowił zostać misjonarzem. Początkowo działał w swojej węgierskiej ojczyźnie, w Sabarii, gdzie w roku 316 urodził się jako syn pogańskiego oficera. Następnie udał się do Italii. Wybudował pierwszą pustelnię i założył rozmaite klasztory m.in. Św. Galena w 360 r. , w 361 w Liguge pierwszy klasztor w Galii, a w 375 r. Już jako biskup klasztor Marmoutier 14 km. Od Tours.
Gdy w 371 roku chciano wybrać Marcina biskupem Tours, co widocznie nie wydawało mu się rozkoszą, według legendy schował się w szopie dla gęsi, aby uniknąć tego zaszczytu. Jednak głośne gęganie ptactwa zdradziło kryjówkę obcego. Inna historia opowiada, że kazania biskupa Marcina były permanentnie zagłuszane przez gęganie gęsi.
Te dwa legendarne wydarzenia łączą się z Marcinem: miłosierny uczynek oddania połowy płaszcza i gęganie gęsi. Stąd biorą swój początek „ Dzień Marcina” i „marcińska gęś”.
Tradycja ta ma też swoje źródła w fakcie, iż w tym czasie ptaki są już wyrośnięte i tłuste po lecie spędzonym na zielonej łące. Wprawdzie gęsina nie należy do lekkostrawnej kuchni, jednak każdemu cieknie ślinka na myśl o porcji kruchej, gęsiej pieczeni. Upieczona we własnym sosie, nadziana jabłkami lub kasztanami, do tego czerwona kapusta i kluski, i - jak u nas w domu - wyśmienity, podprawiony śmietaną sos. Taka gęś smakuje wyśmienicie. Naturalnie, dziś każdy kucharz ma swoje tajne przepisy i cudowne dodatki.
Abstrahując od tego, że gęś ofiarowała pierze na pościel i ocieplane kaftany, wykorzystywana była także w innym celu. Po wspaniałej marcińskiej uczcie, jej kości służyły do wróżb: Białe plamy na kościach szkieletowych przepowiadały obfite śniegi, ale łagodną zimę; czerwone i brązowe plamy oznaczały silny mróz, a czerwonawe zabarwienie mostka mówiło o trzaskającym, ściskającym mrozie; jednakże biały mostek wróżył lekką zimę. Marciński ogień w wieczór w wigilię 11.11. powinien spalić lato, przegnać złe duchy, przybyciu zimy – jeśli nie przeszkodzić - to przynajmniej je opóźnić i złagodzić jej ostrość. Jednakże religijna wymowa jest w rzeczywistości taka: „ pozwólcie świecić światłu, aby można było ujrzeć zbożne dzieło”.
Jak we wszystkich legendach, źródeł tych także należy szukać w zamierzchłych czasach. Już w starożytnym Egipcie gęś miała związek z mitycznym jajem w podaniach o powstaniu świata. Boga Amona przedstawiano jako zamieszkującego Nil pod postacią gęsi. Był on bogiem opiekuńczym Teb, niewidzialnym władcą wszystkich istot zamieszkujących powietrzne sfery, później utożsamiony z bogiem słońca Re (Amon-Re). Grekom i Rzymianom Amon znany był jako bóg oaz. Także Grecy czcili gęś. Na Peloponezie ceniono ją ze względu na płodność. (...)
W końcu i Rzymianie odkryli gęś jako pożywienie , a także dar boży i ofiarowywali bogu stworzenia i płodności Priapusowi, tego tłustego ptaka. (...)
I pozwólcie mi jeszcze wspomnieć jednego rzymskiego, znanego łasucha: Marek Gaviusz Apiciusz, który według pewnej książki kucharskiej z czasów cesarstwa rzymskiego jadał gęś gotowaną, która jednak serwowana mu była na zimno.
Dlaczego obchodzi się święto Marcina akurat 11 listopada, w dzień kiedy przypadał jego pogrzeb, a nie dzień śmierci, może objaśnić nieco fakt, że liczba 11 jest symbolem winy i kary, podobnie jak jedenaście metrów w piłce nożnej. Mimo to, francuscy królowie wyznaczali uroczystość św. Marcina na 11 listopada i tym samym wprowadzili okres przedadwentowy. Nasi dzisiejsi, karnawałowi biesiadnicy prawdopodobnie nie wiedzą, że początek ich szaleństw ma swoje korzenie w radosnych obchodach dnia świętego Marcina.

Tłumaczenie „Grażyna”


Przysłowia na dzień Św. Marcina: ( z Internetu)
· (Jaki Marcin taka zima.
· Jeśli na Marcina sucho, to Gody (Boże Narodzenie)z pluchą.
· Marcin na białym koniu jedzie.
· Młoda jak jagoda po świętym Marcinie. (czyli stara)
· Gdy Marcinowa gęś po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie.
· Na Świętego Marcina najlepsza gęsina.
· Święty Marcin pije wino, wodę pozostawia młynom. (oryg.” A la Saint Martin, bois ton vin, Et laisse l'eau pour le moulin.” (przysłowie burgundzkie)
· Od Świętego Marcina zima się zaczyna

Św. Marcin dzieli sie płaszczem-El_Greco_036.jpg
Plik ściągnięto 16416 raz(y) 19,45 KB

Prawosławna ikona Śwm Marcina z Tours.jpg
Plik ściągnięto 16416 raz(y) 11,53 KB

Ostatnio zmieniony przez Grażyna Sro 20 Sty, 2010 16:42, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Grażyna 
GML

Pomogła: 8 razy
Wysłany: Sob 23 Sty, 2010 16:57   z cyklu Na Żuławach "Ziemniaki"

Zanim przytoczę następną opowieść pana Flinka, chciałabym dołączyć mały aneks do poprzedniej - "Dzień św. Marcina". Z pośpiechu nie załączyłam wyjaśnień do słów, które zostały zacytowane w Plattdeutsch, co niniejszym - z pomocą pana Klausa-Wernera Kahla z www.plattdeutsch.net czynię:

"Pollaksnagel "- znaczyło mniej więcej "gwoździa Polaka" i nie było to bynajmniej w pozytywnym znaczeniu.
"Uhlewinkel" - to był "sowi róg", "sowi zakątek" - tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

"de Kräjeheid sein"; - to być tam, gdzie "wrony zawracają", koniec świata.


I - jeszcze jedno: Pewnemu "Czcigodnemu Panu ze Wsi" bardzo dziekuję za jakże sympatyczne rozpropagowanie w Sąsiedztwie. Niestety, Sąsiedztwo traktuje mnie też nieżyczliwie i wygłasza jakieś dziwne komunikaty przed drzwiami. Mimo, że wymagane "listy uwierzytelniajace" złożyłam wedle wymagania, nadal nie raczy mnie wpuscić za próg, twierdząc, że nie istnieję :cry:



Erwin Flink
Na Żuławach:

Ziemniaki

Na Żuławach ziemniaki były, obok wówczas jeszcze w dużej mierze pieczonego w domu chleba, najważniejszym pożywieniem. Na wsi, gdzie niemal przy każdym domu pielęgnowano nie tylko ozdobne ogródki, lecz także pracowicie obrabiano grządki użytkowe, była także co najmniej jedna, przeznaczona na wczesne kartofle. Pierwotnie ogród przydomowy był pomyślany jako wydzielony terenem przeznaczony jedynie do uprawy roślin użytkowych na własne potrzeby.
Kto tak jak my, trzymał w domu bydło, kury, kozy, świnie, kaczki, a także często gęsi, którym trzeba było dostarczyć karmy, a które karmiliśmy dodatkowo parowanymi ziemniakami, temu nie wystarczała mała ilość bulw” uprawianych w ogródku, w każdym bądź razie nie na cały rok. U gospodarza mieszkającego w pobliżu, dzierżawiliśmy wówczas na sezon uprawny dodatkową ziemię, aby zasadzić tam późne ziemniaki na zimę. Wielkość tego zagonu gospodarz odmierzał w prętach (Ruten) na skraju pola, na którym również sadził ziemniaki
Pręt mierzył na Żuławach 3,766m. Nasi przodkowie używali na wsi w swoich czasach jeszcze w dużej mierze naturalnych miar długości szerokości, które im podpowiadały ich ciało, natura i praca, jak: stopa (Fuß), piędź (Spanne), łokieć (Elle), rzut kamieniem (Steinwurf), dzban, (Kanne), wiadro (Eimer) [/b]morga, jutrzyna (Joch, Tagewerk) albo włóka (Hufe). Jednak w różnych stronach znacznie różniły się od siebie te stare miary.
I - chociaż jednostki miar są już teraz uporządkowane i ujednolicone, stare miary niekiedy trzymają się jeszcze uparcie do czasów obecnych.

[objaśnienie do podanych miar:
Fuß – stopa, od 25 do 42cm, odległość miedzi rzędami ziemniaków
Spanne – piędź, największa rozpiętość między kciukiem, a małym palcem; ok. 20cm
Elle – łokieć, 2 stopy ok. 50 – 85 cm.
Steinwurf – rzut kamieniem teoretyczna odległość kiludziesieciu metrów
Kanne – dzbanek, od 0,936 l. – 1,123 l
Eimer – wiadro ok. 10 l.
Joch, Tagewerk – morga, jutrzyna, dniówka; wielkość pola, które może być zaorane lub skoszone przez jednego człowieka od rana do południa 27 – 36 arów
Hufe, Hube – włóka 7,659 ha ( dopisek tłumacza G.M.L.]


Rolnik na Żuławach uprawiał wszystkie swoje grunty przy pomocy pługów i bron, tam, gdzie z powodu silnego zawilgocenia wczesną wiosną było to potrzebne, używał kultywatora, aby rozdrobnić i spulchnić tę ciężką i mokrą ziemię, zniszczyć zielsko, i wprowadzić do gleby rozsiane nawozy sztuczne. Późną wiosną robił radłem bruzdy , w które ręcznie wkładaliśmy sadzeniaki w odległości 30 – 40 cm. Następnie bruzdy były tym radłem przykrywane.. W okolicach Dębiny (Eichwalde), gdzie rolnik sadził kartofle jedynie na własne potrzeby, posługiwał się sochą łopatkową, którą robił pojedyncze redliny, zabronowywał je później po posadzeniu sadzeniaków krótką broną. Po wzejściu roślin, pola kartofli były uwalniane od chwastów i utrzymywane w czystości przy pomocy haczki lub ręcznego narzędzia podobnego do kultywatora. – Naturalnie, my sami pieliliśmy naszą własną działkę. Wschodzące roślinki były obredlane w różnym stadium wzrostu. Dwa konie kierowane z siodła przez przewodnika zaprzęgu, ciągnęły podwójny pług, narzędziem sterował robotnik idący pieszo za nimi.
Piękny dzień wczesnej jesieni, został wyznaczony na wykopki. Radując się, kos odważa się na solowy śpiew. Chmara szpaków jednak go zagłusza. Płochliwy kos nawołuje swoją partnerkę, jednak odpowiada mu nieśmiało z sąsiedztwa tylko rudzik. Trwa ptasi, poranny konkurs śpiewaczy. Blady księżyc wygląda spoza nocnego obłoku, który stopniowo zanika. Lekka, gęsta mgła spowija krowy na pastwisku. Z kominów domostw wzbijają się w bladoczerwone niebo czarne słupy dymu, gdy podążamy na kartoflane pola.
Palczastą motyką osadzoną na trzonku długości 60 – 80 cm., wykopujemy bylinę za byliną. Przy zbieraniu „bulw”, jak przyjęło się w każdym bądź razie w naszej rodzinie, sortujemy do specjalnie przeznaczonych koszy te nadające się do sadzenia na przyszły rok. Sadzeniaki przechowane będą we wcześniej oznaczonych workach. Podobnie oddzielamy jeszcze na polu kartofle do jedzenia od pozostałych, które zostaną zużyte jako karma dla zwierząt. Do zwiezienia wykopanych ziemniaków, gospodarz udostępnia nam każdego roku wóz konny. Zbiory zostaną złożone w przewiewnej piwnicy na rusztach z listew, albo w ogrodzie w zabezpieczonej przed mrozem jamie, ziemiance na kartofle.
Zbieranie „szoków” (de Schocke) było męczącą i wyczerpującą pracą fizyczną, która musiała być wykonywana głównie w pozycji pochylonej, zarówno przy wykopywaniu krzewów, jak również przy wybieraniu i zbieraniu. By móc tę pracę wykonać możliwie w jednym dniu, pomagała każda dostępna w rodzinie i przydatna siła. My, dzieciaki w wieku szkolnym pozostawaliśmy z konieczności i za pozwoleniem w domu opuszczając lekcje, chyba że mieliśmy „ferie kartoflane”, jak nazywaliśmy w domu na Żuławach nasze ferie jesienne. Jednakże niechętnie dawaliśmy się zaprzęgać do roboty. Był to przecież okres, w którym puszczaliśmy nasze własnoręcznie wykonane, trójkątne, kwadratowe lub sześciokątne kolorowe smoki – latawce. Znajdowaliśmy też wielką przyjemność w paleniu ziemniaczanych łętów. W tych ogniskach piekliśmy świeżo zebrane kartofle. Tylko ten, który sam to robił, wie jaki to przysmak i delicje – takie upieczone w żarze kartofelki. Naturalnie radowały nas – chłopców i dziewczyny, także trzaskające płomienie i snujący się dym, który pędzony lekkim wiatrem wznosił się wysoko w niebo i był widoczny hen, daleko. W chłodne jesienne dni, duzi i mali, młodzi i starzy grzali przy naszych ogniskach dłonie albo zmęczone i zziębnięte od wielokrotnego pochylania się plecy. Oprócz tego, dorośli puszczali w krąg „Flachmanna” – buteleczkę i rozgrzewali się także od środka.
Drugie śniadanie około godz.10.00 było obfite i spożywano je w osłoniętym od wiatru miejscu w pobliżu skrzyni wozu. W „grossen Hauerluschke” znajdowały się grubo obłożone kanapki, a w termosie gorąca kawa. Na obiad był prosty jednodaniowy posiłek z „uchatego”.
Gdy ziemniaki zostały już z ziemi wykopane, gospodarz przeciągał pole broną, a jego pracownice i pracownicy szli tyralierą, aby zebrać ewentualne, odsłonięte przez bronę ziemniaki. Tak jednak nie zawsze bywało. Dlatego widziało się często wielu ludzi, którzy na wybranych kartofliskach poszukiwali nie zebranych ziemniaków, co niekiedy przynosiło im zadawalające efekty. Dziś, kartoflane żniwa są prawie zabawą. Bardzo nowoczesne kombajny ziemniaczane, ciągnięte przez traktory, z podbierakami i taśmami transportującymi pozwalają na to, że współpracujące z nimi osoby muszą jedynie usuwać z taśmy kamienie i bryły ziemi. Także i sadzenie kartofli odbywa się dziś przy pomocy wysoko wyspecjalizowanych maszyn, które wykonują zagłębienia w ziemi, a po włożeniu sadzeniaka zaraz je zasypują.

Ziemniaki, w gwarze ludowej nazywane „jabłkami – lub - gruszkami ziemnymi” na naszych Żuławach ( w Plattdeutsch przyp. tłum.)znane także jako „Bulwe”, „Bulle” albo „Schocke”, to bulwiaste rośliny z biało, , niebiesko lub fioletowo zabarwionymi kwiatostanami, ciemno- żółtymi pylnikami i niejadalnymi jagodami wielkości wiśni, (które służą jedynie jako materiał genetyczny), są bardzo ważnym pokarmem, paszą dla zwierząt oraz surowcem przemysłowym. Ziemniaki są rozpowszechnionym środkiem spożywczym i dzielimy je na: wczesne, średnio- późne i późne. Rozróżniamy jako ziemniaki jadalne i pastewne, w zależności od zastosowania.(...)
Uczeni informują, że ziemniaki są bogate w potas. Ten minerał wzmacnia komórki i mięsnie, szczególnie mięsień sercowy. Ziemniaki pomagają także zmniejszać ciśnienie krwi(...) regulują także stężenie lipidów we krwi. Rozpowszechnione kiedyś przekonanie, że spożywanie ziemniaków jest przyczyną otyłości, nie jest już dziś medycznie potwierdzane.

Na Żuławach naszych czasów, gdzie bardzo liczono się z kosztami utrzymania, słyszało się prawie zawsze o ziemniakach w postaci gotowanej, smażonej, pieczonej, parowanej lub tartej. Czy to na obiad, czy kolację, do mięsa, jajek lub dań rybnych były zawsze podawane na stół. – Nasza babcia z tartych ziemniaków sama robiła mąkę ziemniaczaną . Gdy śniły się jej kartofle, była przekonana, że wkrótce w rodzinie będzie powód do łez.
Żuławiacy pędzili sobie gorzałkę z zacieru ziemniaczanego z dodatkiem melasy i drożdży.
Oto kilka przykładów dań z ziemniaków popularnych na Żuławach: kartoflanka jako „Eintopf” z kiełbasą lub wkładką mięsną, placki ziemniaczane [smażone na patelni, na tłuszczu z różnymi dodatkami (cebula, śmietana, przyprawy)], Placek ziemniaczany – pieczony na blaszce w piekarniku, kluski ziemniaczane z rozgrzanym tłuszczem (skwarkami lub szpyrkami), ziemniaki w mundurkach (Schuwebulwe) ze śledziem, papka ziemniaczana – („Bullebrie” – puree), podobnie ziemniaki ugniecione z tłuszczem i cebulą, zapiekane kartofle, kopytka[z gotowanych ziemniaków] „ślepa” zupa rybna z gotowanych ziemniaków z dodatkiem mleka, wody, cebuli i przypraw, a więc bez ryby, (szczególnie w nowym Dworze Gd. Jadana chętnie jako przysmak lokalny), pyzy ziemniaczane i smażone ziemniaki, oczywiście wiele dań z obfitym dodatkiem warzyw z własnego ogródka oraz mięsa z własnego uboju.

W wojennym roku 1941 otrzymałem rozkaz, udania się z grupą chłopców na dwór w Generalnym Gubernatorstwie, aby pomagać w zbiorach ziemniaków. Na Żuławach były już częściowo bardzo duże areały uprawy ziemniaków, ale tu zobaczyliśmy to w ogromnych proporcjach, ponieważ do dworu należała gorzelnia. Pole uprawne zostało podzielone między zbieraczy i pomocników. Każdemu zostało przydzielone kilka metrów, na szerokości których musieli wyzbierać ziemniaki. Kopaczka ziemniaczana (to urządzenie było dla nas nowością) wykopywała je z ziemi za pomocą obracających się kół łopatkowych i rozrzucała niewielkim łukiem po polu. To znaczyło, że trzeba szybko się uwijać, aby maszyna będąca w ciągłym ruchu nie zasypywała wcześniej wykopanych ziemniaków.
Pan dziedzic, w wysokich butach z ostrogami, objeżdżał pole zawsze galopem na silnym rasowym siwku, z powiewająca, lśniącą grzywą i długim, wyprostowanym, wypielęgnowanym ogonem. Ubrany był w długi, biały, falujący płaszcz. Jego skórzana, kołysząca się szpicruta była z daleka widoczna, co było bardzo przemyślnym sygnałem , że pracować należy pilnie, szybko i bezustannie. Od razu zauważyłem, że zatrudnia on także dzieci w wieku przedszkolnym i pogania je bezlitośnie. – Na tym polu znajdowali się jedynie niemi robotnicy, nie słyszało się żadnych radosnych śmiechów, ani radosnych okrzyków .
Na Wielkich Żuławach, (Ostaszewo – Schönberg) siwy koń był uznawany jako zwiastujący dobry dzień.(...) W Nowym Dworze Gdańskim, młode dziewczyny musiały „naliczyć sto siwków”, aby dostać mężczyznę jako narzeczonego, któremu następnie ofiarują jako pierwszemu swoją rękę. Na ziemi gdańskiej musiała być w tym czasie ogromna ilość siwych koni, ponieważ cały 1.Pułk Huzarów w Gdańsku – Wrzeszczu ( Leibhusaren Regiment 1), wraz z późniejszym generałem Augustem von Mackensen, jeździł tylko na siwkach.
- Po kilku dniach, zdarzyło się że, przez całą noc szalała gwałtowna ulewa, jaką dobrze znaliśmy z naszych Żuław. Rano powiedziałem mojej drużynie, że z powodu tego rzęsistego i smagającego deszczu, pozostaniemy w naszych wręcz feudalnych kwaterach, ponieważ żaden z nas nie pomyślał o takiej niepogodzie i tym samym nie zabrał odpowiedniego ubrania na takie „świńskie warunki”. Podczas gdy dyskutowaliśmy wszystkie za i przeciw, pan dziedzic zadudnił gałką swojej szpicruty o drzwi naszego skąpego domostwa . Wymagał naszego natychmiastowego wyjścia, i gestem dłoni oddalił moje uzasadnione zastrzeżenia. Doprowadził mnie do tego, iż w końcu odpowiedziałem: „ W taką pogodę, u nas w domu nie wygania się za drzwi nawet psa”. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, więc postanowiłem wyjechać ze swoją drużyną. Przy przyjeździe byliśmy podwiezieni wozem na miejsce, teraz musieliśmy tę długą drogę powrotną do dworca kolejowego pokonać pieszo w silnym deszczu.
Zaledwie dotarłem do domu, sfrunęło mi na stół wezwanie z kierownictwa partii, z powodu „sabotażu zbioru ziemniaków”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, co znaczyło takie oskarżenie w wojennym roku 1941, będzie wiedział, jaki w tamtej chwili mogłem mieć nastrój i współczuje mi. Wyjaśniłem bossom partyjnym naszą niezwykle ciężką sytuację; jednak dopiero, gdy opisałem bezprawne używanie przedszkolnych dzieci, bezwzględne popędzanie przez dziedzica i nędzne zakwaterowanie, bez słowa zamieciono te oskarżenie pod dywan.
I tak mi się „upiekło”.

Tłumaczenie: Grażyna

Franciszek Ejsmond-Powrót z pola.jpg
źródło:"Kobiety w malarstwie polskim" - internet
Plik ściągnięto 790 raz(y) 43,11 KB

Franciszek Ejsmond-Dziewczyna obierająca ziemniaki.jpg
źródło: "Kobiety w malarstwie polskim" - internet
Plik ściągnięto 882 raz(y) 44,29 KB

konna kopaczka do ziemniaków.jpg
źródło: Wikipedia
Plik ściągnięto 1004 raz(y) 80,38 KB

Ostatnio zmieniony przez Grażyna Sob 23 Sty, 2010 17:08, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Grażyna 
GML

Pomogła: 8 razy
Wysłany: Czw 28 Sty, 2010 23:01   Polowanie z nagonką na zające

Erwin Flink
Na Żuławach
Polowanie z nagonką na zające

W połowie października, kończył się także na i naszych Żuławach okres ochronny dla zajęcy, ptactwa i wszelkiego rodzaju małej i dużej zwierzyny. Sezon łowiecki trwał do połowy stycznia. W tym ograniczonym czasie, myśliwi trąbili, zwołując do polowania z nagonką - głośnego rodzaju łowów, jakie miały być przeprowadzone w danym okręgu.
My, chłopcy, oczekiwaliśmy tych dni z tęsknotą i niecierpliwością, ponieważ mogliśmy wziąć udział w takim polowaniu jako nagonka, za godziwe kieszonkowe, mając przy tym nieopisaną uciechę.
Wyznaczonego w okręgu dnia polowania na zające, zbierali się w określonym miejscu wsi łowczy ze swymi psami, a także my, naganiacze. U boku łowczego okręgowego lub jego urzędowych strażników łowieckich, stawali jako myśliwi liczni ziemianie, na polach których odbywało to polowanie. Zapraszani byli też często jako honorowi goście, wyżsi urzędnicy administracji lub bossowie partyjni. Panowie myśliwi uzbrojeni byli w jedno- lub dwulufowe strzelby myśliwskie o gładkich lufach, z których strzelano nabojami śrutowymi do drobnej zwierzyny lub dzikiego ptactwa, ze względu na szerokie pole rażenia.
Aby położyć kopytne, używali strzelb jednolufowych lub dwururek, ale z gwintowanymi lufami, które zapewniały większą celność.
Zanim jednak zostało zatrąbione na rogu wielkie Halali, myśliwi i nagonka ( my, chłopcy oczywiście byliśmy z tego wykluczeni) musieli przedtem zwyczajowo porozmawiać z „poprawiaczem celności”, a i także z powodu silnego chłodu, zrobić kilka rundek „Nowodworczyka” – gdańskiego regionalnego napitku „Stobbes-Machandel-00”.
To jednak niekoniecznie zapewniało pewność ręki strzelcom. Jak tu i ówdzie się zdarzało, ładunek śrutu gwizdnął koło ucha naganiaczowi, a nawet „przypalił futro”. Proszę, to nie jest myśliwska łacina. Po „rozgrzewce” dawano sygnał do wymarszu. Myśliwi w swoich wspaniałych „Jagdwagenach” - bryczkach myśliwskich, a my, nagonka na zwykłych furmankach wyjechaliśmy na wyjściowe stanowisko. Byliśmy odpowiedzialni za to, by na specjalny sygnał płoszyć w tamtą stronę zwierzynę. Długą, szeroko rozciągniętą linią, krzycząc i hałasując – nasze „Hos op, Hos op, hos op” dźwięczało na milę przez pola i niwy - naganialiśmy zwierzynę, gotowym do strzału myśliwym. Silnie waliliśmy w mijane zarośla, by stamtąd wypłoszyć zające, które przestraszone mogły się tam ewentualnie zatrzymać.
„Wiele psów to śmierć zająca” – mawiali Żuławiacy. A jednak - „Mistrz Lampka” rozumiał te podstępy, potrafił okpić nie tylko swoich naturalnych wrogów i prześladowców, lecz czasem i nas, naganiaczy. Leżąc w jakiejś kryjówce, spłaszczony w bruździe lub wciśnięty w ziemne zagłębienie, gdzie mu jego barwą podobna do ziemi, szarobrązowa sierść, dobrze służyła jako kamuflaż, pozostawał „Mistrz pokerowej twarzy” długo w swoim ukryciu i poruszył się dopiero, gdy mu prawie nadepnęliśmy na ogon, wówczas szybował w górę jak wystrzelony ze sprężyny. Skacząc zygzakiem i zakosami, już wkrótce gnał z maksymalną szybkością jak błyskawica. Jednak – ku ubolewaniu naganiaczy - nie w kierunku czatujących myśliwych, lecz w tył poza nasz szereg, ratując jeszcze tym razem swoją skórę przed odstrzałem. Chciałbym jeszcze opowiedzieć pewne zdarzenie będące ucztą dla oczu: Podczas polowania w okolicy Szymankowa (Simonsdorf), my, pomocnicy ujrzeliśmy nagle dwa baraszkujące zajączki, kicające tam i z powrotem. Stawały słupka z podniesionymi słuchami, obydwie przednie krótkie łapki wyciągały daleko przed siebie, nic sobie nie robiąc z naszego hałasu, ani strzałów myśliwych. Nagle wśród obławy zapadła cisza, stanęliśmy w bezruchu. Także myśliwi wstrzymali strzały, oni również zauważyli bawiące się zajączki! Ale wtedy - jeden myk i w płochliwym pośpiechu zające stamtąd czmychnęły.
Myśliwi brali oczywiście chętnie na cel także lisa i inną drobną zwierzynę. Do sarny strzelali ze sztucera względnie gwintówki. Do zaskoczonych kuropatw, dzikich kaczek, bażantów, przepiórek albo borsuków strzelali również chętnie, tak że na koniec pokot myśliwski mógł zostać policzony i dumnie zaprezentowany. Wiem od swego dziadka, że podczas jednej ciężkiej zimy, podczas polowania na zające, położono także wilka.
Na Żuławach tradycja ludowa przekazywała niewiele pochlebstw o „Mistrzu Lampce”, z wyjątkiem gdy mówiło się o nim jako o „Zajączku Wielkanocnym”, smakowitej pieczeni z zająca lub jego skórce, którą ludzie chętnie obszywali zimowe ubrania. Kogoś tchórzliwego nazywaliśmy „ zajęczą stopą” kiedy zwiał („Fersengeld gab”) w popłochu czyli
(„Hasenpanier ergriff”). Oprócz tego dorośli uważali zająca za przynoszącego pecha, jeśli komuś przebiegł przez drogę. Gdy „Mistrz Lampka zabłąkał się we wsi, krakali, że wkrótce wybuchnie we wsi pożar. - To jest niezupełnie „czysty zając”- mówiono na Żuławach o kimś niejednoznacznym. Najbardziej znana jest chyba bajka [Braci Grimm – dopisek tłum.] o zającu, który w wyścigach padł ofiarą oszustwa uknutego przez jeża i jego żonę.

Jako dzieci lubiliśmy kochanego zająca, ponieważ ślicznie i zabawnie wyglądał. Jego wyraziste, wyłupiaste oczy nad grubym pyszczkiem z ciągle poruszającymi się szczecinkami, jego długie słuchy, które potrafił postawić, kiedy stawał słupka, lub nadsłuchiwał, był dla nas dzieci bajkowym widokiem. Jeszcze ładniejszy widok , gdy można było obserwować zająca w bezgłośnej zabawie z elegancją w ruchu. Jego mały, połyskujący biało ogonek – omyk przyniósł mu to miłe przezwisko „Mistrz Lampka”. A wówczas wierzyliśmy jeszcze w radosnego Zajączka Wielkanocnego, który dla nam, dzieciom, malował kolorowe pisanki i w koszu na plecach przynosił nocą, rozkładając po ogrodzie, gdzie mogliśmy ich poszukiwać po powrocie z kościoła. Wierzyliśmy także, że w Wielkanoc żaden myśliwy, zdziczały pies, ani kot nic złego zajączkowi nie uczyni, dlatego będzie mógł nam przynieść bez przeszkód upragnione, kolorowe jajeczka wielkanocne. Podobała mi się piosenka, którą jako dzieci śpiewaliśmy podczas zabawy, trzymając się za ręce i chodząc w kole, w środku którego jedno z dzieci – chłopiec lub dziewczynka, kucał z zawiązanymi oczyma jako zajączek: „ Häschen in der Grube, saß und schlief, saß und schlief, saß und schlief, armes Häschen bist du krank, dass du nich mehr hüpfen kannst, Häschen hüpf, Häschen hüpf” ( Zajączek w jamie siedział i spał (...) biedny zajączku czyś ty chory, że już nie chcesz podskakiwać, skacz zajączku (..) ). Nie wiecie jeszcze tego, że nasi rodzice mówili nam, iż ten tylko, kto był cały rok grzeczny, będzie mógł usłyszeć dzwonienie „Osterglocken”( dosłownie: wielkanocnych dzwonów, czyli żonkili). Muszę się ze wstydem przyznać, że nigdy nie dane było mi ich usłyszeć.

Chociaż zając polny jest stworzeniem miłującym spokój i jako ścisły wegetarianin żywi się trawami, koniczyną, lucerną, ziołami, i jarzynami, kapustą a zimą wykiełkowanym zbożem i korą młodych drzewek, zajęczyca potrafi wstawić parę „sierpowych” wronie lub sroce, gdy ten zuchwały rabuś chce wtargnąć do jej siedziby. W przeciwieństwie do innych krewniaków jak dzikie króliki, żyjących w norach, młode zajączki wychowują się na równej ziemi. Zatem młode narażone są na zimno i wilgoć, tak że ważące po urodzeniu około 130 gramów zajęcze potomstwo tylko w ułamkowej części dożywa pierwszego roku swego istnienia. Zające nie posiadają ani dobrego węchu ani wzroku, są więc źle wyposażone do walki o przetrwanie.
Natura pomaga tu wprawdzie trochę i przyczynia do tego, że zając nie wyginie, ponieważ „białouchemu” 2 - 4 razy do roku przybywa do pięciu sztuk potomstwa. Przez 20 dni małe karmione są mlekiem, później muszą same zatroszczyć się o swoje pożywienie. A wielu następców jest niezbędne i konieczne, gdyż „mistrz Lampka” ma dużo naturalnych wrogów. Jego współmieszkańcy w lesie, na polach i łąkach, jak lis, borsuk, ryś, tchórz, żbik czy kuna polują na niego. Niebezpieczeństwo zagraża mu także z powietrza, ze strony ptaków drapieżnych. Bociany, kruki, wrona siwa, również puchacze, sroki i czaple są także jego bezpośrednimi wrogami, dziś wprawdzie rzadziej występującymi w naturze. Aktualnie przede wszystkim zdziczałe koty i psy szkodzą zającom i je uśmiercają.
W lesie, na polu i łące zającowi pomaga jego niezwykle dobrze rozwinięty słuch, już spadający liść każe mu nadstawić uszu, ale jeszcze silniejszą obroną jest jego przysłowiowe „wysportowanie”. Przy pomocy swoich długich, tylnych nóg, „Mistrz Lampka” potrafi z miejsca osiągnąć w krótkim czasie prędkość 80 km/h, szybciej niż Porsche. Oprócz tego skacze długimi do 3m skokami, przy czym wysokie na 1m przeszkody pokonuje z niezwykłą lekkością. A co jeszcze jest jego absolutną sztuką, to umiejętność boksowania przednimi łapkami, które jego prześladowcę potrafi szybko skłonić do zwątpienia i przedwczesnej rezygnacji. Ratuje się także często podczas niebezpieczeństwa, rzucając się w pobliskie krzewy ogromnym susem, gdzie siedzi cichutko jak mysz pod miotłą. Nie zapominajmy także, iż „Mistrz Lampka” jest także naprawdę dobrym i wytrzymałym pływakiem.
Już w podczas wykopalisk w ruinach Troi, natrafiono na zajęcze kości wśród resztek pożywienia. Od Indusu do Nilu zające musiały być ulubionym obiektem polowania, co potwierdzają pieczęcie, figurki, amulety i naczynia gliniane. Znaleziska dowodzą, że ludzie już 2000 lat przed Chrystusem polowali na zające z orłem. W wielu kulturach zając pełnił szczególną funkcję symbolu czujności, płodności i szybkości. Rzymski uczony i pisarz Pliniusz Starszy zalecał bezpłodnym kobietom mięso zajęcze, mędrzec Apoloniusz z Tyany radził nawet obnosić zająca trzy razy wokół łoża rodzącej, aby ułatwić rozwiązanie.
W ikonografii chrześcijańskiej pojawia się „Mistrz Lampka” również bardzo często. Jego bezradność wyraża uosobienie ufających Bogu ludzi. Na jednym z okien katedry w Paderborn przedstawione są trzy zające w kole, których złączone uszy tworzą trójkąt, jako wyrażenie trójjedności (Trójcy św. dopisek tłum.). Jedna z legend opowiada, że pewien zając z litości rzucił się w ogień, aby swoim upieczonym mięsem uratować głodującego Buddę.
Dziś „Mistrz Lampka” jest postacią komiczną i bohaterem filmowym; odważny i przebiegły, spryciarz, przyjaciel i pomocnik ludzi. Służy jako motyw kart pocztowych a nawet artyści uwieczniają go na płótnie, jak austriacki malarz Carl Böheim na swoim całkiem udanym i przyjemnym obrazie „Satyrowie polujący na zająca”, który można obejrzeć w Schack - Galerie w Monachium. Böheim przedstawił wyraziście opozycję brzydoty polujących, z gracją uciekającego zająca, przeciwieństwo między zawziętymi i agresywnymi prześladowcami, a niewinnym i bezbronnym zającem.

Podczas gdy dawniej „Mistrz Lampka” należał na naszych Żuławach do ich pejzażu, gdzie myśliwy cieszył się w czasie polowania dostateczna ilością „długouchych” przed lufą strzelby, dziś widzi się już rzadko to boże stworzenie wędrujące przez łąki, pola i pastwiska. Rolnicy i ogrodnicy nie muszą już przy blasku księżyca – ulubionej porze żerowania zajęcy -odstraszać ich z młodego zboża, kapusty czy sałaty, które przeważnie nocą obgryzały. Mechanizacja rolnictwa odebrała „ „Mistrzowi Lampce” wielką część jego przestrzeni życiowej, a używanie pestycydów, herbicydów i innych chemikaliów zagraża jego przetrwaniu.
To nie regularne myślistwo, uprawiane ściśle według przepisów prawa łowieckiego z dokładnym uwzględnieniem okresów ochronnych, jest zagrożeniem dla populacji zająca, o wiele większym jest ciągłe zawężanie się jego przestrzeni życiowej, która nie zapewnia mu dostatecznej osłony i możliwości schronienia. Ograniczający się wybór pożywienia i permanentnie zwiększający się hałas na drogach i w powietrzu, maja szkodliwy wpływ i osłabiają organizm i system odpornościowy zająca.
Dlatego też, zając został w roku 1994 zaliczony do zwierząt zagrożonych wyginięciem i wpisany na czerwona listę zagrożonych gatunków.

Tłumaczenie Grażyna





Według obecnych zwyczajów Polskiego Związku Łowieckiego zwierzęta w pokocie układa się na prawym boku, między rzędem myśliwych a rzędem nagonki, głową w kierunku myśliwych, w kolejności według gatunków. Co dziesiątą sztukę drobnej zwierzyny wysuwa się do przodu. Uczestnicy polowania ustawiają się od czoła rozkładu. Najczęściej przestrzega się następującej kolejności:
duże drapieżniki: niedźwiedź, ryś, wilk (obecnie na nie się nie poluje)
łoś,
jeleń,
daniel,
dzik,
sarna,
lis i inne drobne drapieżniki,
zające i króliki,
ptactwo.

Źródło: WIKIPEDIA

skanuj0001.jpg
źródło; Leksykon Przyrodniczy
Plik ściągnięto 781 raz(y) 40,65 KB

skanuj0002.jpg
źródlo: Leksykon Przyrodniczy
Plik ściągnięto 800 raz(y) 79,34 KB

chelminski-gonitwa.jpg
źródło: artyzm.com
Plik ściągnięto 805 raz(y) 36,84 KB

Jagtwagen z drabinką.jpg
źródło internet
Plik ściągnięto 757 raz(y) 74,73 KB

Ostatnio zmieniony przez Grażyna Czw 28 Sty, 2010 23:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Grażyna 
GML

Pomogła: 8 razy
Wysłany: Sob 12 Lut, 2011 17:12   Erwin Flink "Na Żuławach" Gwiazdor u Matzkuhna

Minęło trochę czasu, gdy ostatni raz przybliżyłam Wam wspomnienia pana E. Flinka z jego młodości spędzonej na naszych Żuławach.
Dziś następne wspomnienie z dziecięcych lat.

Gwiazdor u Matzkuhna


Silny mróz pokrył lodem rozległe moczary i głębokie rowy na ośnieżonych łąkach. Szeroka Święta także od paru dni skuta jest lodem nadającym się do jazdy na łyżwach. Odległy krajobraz Żuław lśni białą pokrywą. Śnieg prószy, jakby chciał ubrać korony wierzb w białe, dziane czapki.
Czas jest przedświąteczny. Pilne gospodynie pieką już różne rodzaje aromatycznych, świątecznych ciast: chrupiące, brązowe pierniki, a w niektórych domostwach kobiety przygotowują marcepany, którym nadają rozmaite kształty (serc, jabłuszek, gruszek, chlebków i świnek), stanowiące później barwną ozdobę świątecznego talerza.
Grudzień jest uroczystym okresem adwentu, w którym także liczni ojcowie rodzin jadą do niedaleko położonego Nowego Stawu, aby poczynić niezbędne świąteczne zakupy. Jako że my, dzieci, przyrzekamy być grzeczne i posłuszne, wolno nam pojechać razem z nimi. Przedtem jednak naciągamy naszych dobrodusznych dziadków na parę groszy, które oni – co do mnie dziś dotarło – mieli specjalnie dla swoich wnuków przygotowane w kieszeniach kamizelki. Cieszymy się już na samą myśl o możliwości kupienia w Nowym Stawie za te pieniążki gorących kasztanów (jadalnych), lizaków albo tak pożądanych marcepanów.
Z wielu stron dają się słyszeć czyste odgłosy dzwoneczków u sań, tu i tam odzywa się harmonijny dźwięk końskiej uprzęży. Podczas tej jazdy saniami do Nowego Stawu, w pobliżu Trępnów obserwujemy pojedyncze zające hasające po głębokim śniegu rozległych pól i ciągnące nad nimi chmary kraczących wron, które właśnie uformowały się w ciasny krąg, aby wkrótce dopaść jakiegoś osamotnionego zająca. Dźwięk uprzęży naszych sań zakłóca jednak i burzy ich zamiary tak, że muszą odłożyć swoje przedsięwzięcie na inną okoliczność.
Cóż może być piękniejszego dla nas dzieci w tym przedświątecznym czasie, w mieście Nowy Staw, niż podziwianie ogromnych, oświetlonych i udekorowanych świątecznie okien wystawowych z wyłożonym na nich towarem. Naturalnie, nam dzieciakom, najbardziej rzucają się w oczy wspaniałe smakołyki i niezliczone słodycze, które wyłożono w poszczególnych witrynach. Wiele okien jest przy tym udekorowana ogromną ilością świecidełek: kolorowymi bombkami choinkowymi, serduszkami, świecami i gwiazdkami w radosnych barwach.
Jednak jedno okno w Nowym Stawie przyciąga nas dzieci w tym okresie zupełnie jak magnes. To witryna Hotelu Matzkuhn. Za grubą szybą wystawową stoi naturalnej wielkości Gwiazdor. Wspaniała postać, w czerwono-białej futrzanej czapie, z długą falistą brodą, w długim czerwonym płaszczu, solidnych butach z cholewami i mocnym kosturem w ręce wygląda rzeczywiście strasznie. Mnóstwo dzieci przyciska zaczerwienione od mrozu nosy do szyby okna wystawowego, aby móc wszystko jak najdokładniej zobaczyć: Gwiazdor najpierw unosi swoje krzaczaste brwi do góry, ponieważ musi ogarnąć taksująco cały tłum dzieciaków. Potem unosi prawą dłoń i prostuje ostrzegawczo wskazujący palec do góry, jakby chciał powiedzieć: - Dzieci, bądźcie grzeczne! Najmniejsze, które stłoczone przykucnęły przy szybie, przestraszone trochę się cofają, gdy Gwiazdor tupie nerwowo prawa nogą tuż przed szybą, jakby chciał wyrazić: - Dzieci, trzymajcie się z daleka i zostawcie moją szybę wystawową bez szwanku ! Jednak ciągle przybywają w te chłodne, zimowe dni nowe dzieci, gdyż każde chce koniecznie choć raz zobaczyć ”żywego” Gwiazdora w witrynie Hotelu Matzkuhn. Nawet dorośli przystają z uśmiechem by rzucić okiem na tę pantomimę.
W późniejszej, ale prędkiej drodze powrotnej do domu panuje pełne rozpamiętywania milczenie. My, dzieci jesteśmy jeszcze cały czas swoimi nieuporządkowanymi myślami w Nowym Stawie i musimy najpierw wszystko co obejrzane i przeżyte przerobić w umyśle i uporządkować, szczególnie zaś to imponujące i wywierające niezapomnianie wrażenie przeżycie ze spotkania z Gwiazdorem u Matzkkuhnsa.

Tłumaczenie Grażyna
Poldergeistowi dedykuję

Hotel Matzkuhns Nowy Staw zm.jpg
Plik ściągnięto 703 raz(y) 63,04 KB

Ostatnio zmieniony przez Grażyna Sob 12 Lut, 2011 17:15, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group